Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wesele. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wesele. Pokaż wszystkie posty

piątek, 25 października 2013

Welese cz. 2

Wesele widziane oczami Zakochanej: 

Po pierwszym tańcu opadło z nas w końcu napięcie i mogliśmy wreszcie odetchnąć. Nie schodziliśmy przez dłuższą chwilę z parkietu, żeby zachęcić też gości do zabawy. Chociaż tak naprawdę nie trzeba było ich za bardzo zachęcać, bo muzyka była fajna i wszyscy chętnie tańczyli. Między tańczącymi parami bawiły się dzieci, dla których wcześniej przygotowaliśmy baloniki. Królowała muzyka taneczna, największe hity sami zasugerowaliśmy DJ-owi, żeby mieć pewność, że muzyka będzie w naszym stylu. Oprócz nowości było bardzo dużo starych sprawdzonych hitów a do tego trochę rocka, bo oboje lubimy ten gatunek :)

Czas płynął bardzo szybko, goście na przemian tańczyli i robili sobie przerwy, by coś zjeść. Kelnerzy co trochę donosili jakieś nowe potrawy, więc nie sposób było wszystkiego spróbować, zwłaszcza, że oprócz obiadu przewidziane były jeszcze cztery dania gorące. Widzieliśmy, że wszyscy są zadowoleni, bo nawet osoby które nie chciały tańczyć ze względu na wiek znalazły sobie ciekawe towarzystwo do rozmów. 

Wcześniej ustaliliśmy z DJem, że o 21.00 zrobimy podziękowanie dla rodziców. Już kilka miesięcy przed weselem zastanawialiśmy się co kupić rodzicom, żeby była to fajna pamiątka i żeby się im podobało. Wybór padł jednogłośnie na cyfrowe ramki na zdjęcia. Wgraliśmy na nie zdjęcia z naszej sesji narzeczeńskiej. Pudełka opakowane były bardzo elegancko. Już w domu, kiedy rodzice zobaczyli ich zawartość okazało sie, że trafiliśmy idealnie z prezentem, bo obie mamy były zachwycone!

Po złożeniu podziękowań rodzicom i wręczeniu prezentów, DJ puścił popularną piosenkę na tą okazję czyli "Cudownych rodziców mam". Tańczyliśmy w kółku razem z rodzicami, a za nami duże koło zrobiła reszta gości. Tuż po tym utworze DJ zapowiedział, że zaprasza wszystkich gości na zewnątrz na puszczanie lampionów. 

Planowaliśmy, że wieczorem w dniu ślubu puścimy chińskie lampiony z parkingu przed restauracją, który jest dość obszerny. Jednak tydzień przed ślubem pogoda była niepewna, a przede wszystkim było dość wietrznie. Jeśli wieje lampionów nie można puszczać, więc byliśmy niemal pewni, że ten punkt programu będziemy musieli ominąć. Ale okazało się, że nie wieje i razem z M. mogliśmy spełnić to małe marzenie. Mieliśmy około 15 lampionów, tak, żeby goście też mogli się do nas dołączyć. Ja rozdałam opakowania, zostawiłam tylko jedno dla Nas. Odpalenie wcale nie było takie łatwe, zwłaszcza w strojach ślubnych ;) Niektórzy goście też się trochę pomęczyli, ale większość dała radę. Po kilku minutach w powietrze wzbiły się pierwsze lampiony. Gdy wszystkie udało się wypuścić wróciliśmy do restauracji. Po weselu wiele osób mówiło nam, że pierwszy raz spotkali się z takim puszczaniem lampionów i że to była fajna atrakcja. Oczywiście ucieszyło nas to :)

Zabawa trwała nadal. Parkiet prawie cały czas był pełny. Oczywiście były takie popularne zabawy jak chusteczka haftowana, pociąg itp. Były też zabawy wymyślone przez nas. Pierwszą z nich była zabawa w konkurs tańca powiązany ze zbijaniem baloników. W każdej parze mężczyzna miał przywiązany do nogi balonik, natomiast partnerka miała za zadanie obcasem zbić balonik innym parom. Ta para, której udało się ocalić balon wygrywała konkurs. Nie spodziewaliśmy się, że ten konkurs będzie taką zaciekłą walką, pary wręcz rzuciły się na siebie i wyprawiały dzikie harce, aby tylko zbić komuś balonik. Obserwatorzy mieli przy tym sporo śmiechu. 

Koleją zabawą były popularne krzesełka jednak nieco zmodyfikowane. Kiedy zbliżał się moment w którym trzeba było usiąść na krześle (wiadomo, że krzeseł zawsze jest o jedno mniej niż uczestników), DJ mówił jaki fant trzeba mieć ze sobą. Tym sposobem panie biegły po łyżeczkę od cukru, banana, sznurówkę z męskiego buta czy papier toaletowy. Panowie mieli przynieść źdźbło trawy, napój czy korek od wina. Najwięcej zabawy było z napojem, bo okazało się, że napój który się przyniosło trzeba było w całości wypić. M. i jeden z uczestników mieli butelki 0,3l, więc nie tak strasznie, ale mój kuzyn chwycił litrowy dzbanek z sokiem, który był w połowie pełny. Więc musiał z tego dzbanka wypić wszystko. Goście kładli się ze śmiechu. 

Ostatnią z zabaw dla gości była tak zwana Kareta. DJ ułożył krzesła w kształt karety, czyli z przodu konie, na środku woźnica, po czterech stronach koła, a w centralnym punkcie król z królową. Goście zajęli poszczególne krzesełka. Wtedy DJ zaczął czytać tekst, jeśli dana osoba została wymieniona np. prawe koło, to musiała obejść swoje krzesełko dookoła. Cały ubaw polegał na tym, że najczęściej padało słowo Woźnica. Więc Woźnica niemal cały czas obchodził swoje krzesełko. Poza tym zabawne były niektóre powtórzenia np. "Król zawołał do Królowej: Królowo, Królowo, moja kochana Królowo." W tym przypadku Królowa musiała aż cztery razy obejść swoje krzesełko. Ponieważ goście byli już w dobrym nastroju i rozbawieni, to zabawa wyszła super, wszyscy się śmiali a po weselu niemal każdy wspominał "biednego woźnicę", który tyle się musiał nachodzić ;)

Przewidzieliśmy również jedną zabawę dla nas, tzn braliśmy udział tylko my, a goście mieli być obserwatorami. Był to test dopasowania. Mieliśmy siąść na krzesełkach plecami do siebie, ściągnąć buty i zamienić się nimi tak żeby każde z nas miało but swój i partnera. DJ czytał pytania a my podnosząc odpowiedni but mieliśmy odpowiadać kto wykonuje daną czynność. Przykładowe pytania to: kto będzie zmywał naczynia po obiedzie, kto lepiej prowadzi samochód, kto pierwszy zasypia w łóżku, czyja teściowa jest fajniejsza. Goście śmiali się co chwila, bo podnosiliśmy różne buty np. przy pytaniu kto będzie rządził budżetem ja podnosiłam swój a M swój.  

Tuż po tej zabawie nastąpiły oczepiny, ponieważ zbliżała się już północ. M. ściągnął mi zębami podwiązkę, ku uciesze gości, a ja nią rzuciłam. Złapała Monika, koleżanka M. Natomiast M. rzucał muchą. Ku naszemu zaskoczeniu muchę złapał chłopak Moniki, co było zupełnym przypadkiem. Nowa para młoda zatańczyła symboliczny taniec, a my tańczyliśmy z boku. 

Muszę powiedzieć, że goście również wykazali się inwencją twórczą. Zwłaszcza nasi znajomi. W pewnym momencie wesela podeszli do nas i zabrali nam buty. A później kazali nam je wykupić. Aby je wykupić, M. musiał zaśpiewać hit "Ona tańczy dla mnie", a ja w tym czasie miałam tańczyć. M. był trochę stremowany, ale na szczęście pomógł mu mój wujek. Drugim zadaniem do wykupienia butów było połączenie przyjemnego z pożytecznym tzn. ja miałam obierać ziemniaki (gdyż goście dowiedzieli się, że podobno tego nie lubię) i jednocześnie całować się z M. Było to o tyle ciężkie zadanie gdyż kazali nam się całować w dziesięciu różnych pozycjach. Pod koniec nie mieliśmy już pomysłów, ale udało się i odzyskaliśmy buty :) 

W pewnym momencie wesela wystrzeliły też tuby z konfetti w formie płatków róż. Okazało się to super frajdą dla dzieci, które później się obrzucały i tarzały w tych płatkach. Były również pamiątkowe zdjęcia z poszczególnymi osobami. Tańce z wujkami, znajomymi, dziećmi, oraz wspólne odtańczenie makareny. Wszyscy naprawdę dobrze się bawili, a w dodatku było kulturalnie, za nikogo nie musieliśmy się wstydzić. 

Około 3.00 nad ranem część gości, zwłaszcza tych starszych zaczęła się zbierać. Najwytrwalsi zostali aż do piątej. My chcieliśmy być do samego końca, wiem że niektóre pary zostawiają gości samych, ale my tak nie chcieliśmy robić. Na szczęście mieliśmy zarezerwowany pokój dla nowożeńców w tym samym budynku. Po piątej ostatni goście wyszli z sali, część z nich spała również w pokojach przy restauracji. My poszliśmy do naszego apartamentu na bardzo krótką noc poślubną, bo był już prawie ranek. Wszystko udało się cudownie i niczego w całym tym dniu i nocy bym nie zmieniła. Najwspanialszy dzień w życiu okazał się być idealny. Teraz już zawsze będziemy razem z M. Zaczynamy nowy etap miłości małżeńskiej :) 

Zakochana

czwartek, 24 października 2013

Wesele

Wesele oczami Zakochanego:

Gdy już wyzbieraliśmy starannie wszystkie grosiki, mogliśmy przystąpić do odbierania życzeń od naszych gości. Był to jeden z sympatyczniejszych momentów tego dnia. Wszyscy się uśmiechali i szczerze życzyli nam wszystkiego najlepszego na nowej drodze życia. Były też rady co mamy robić by ta miłość była tak samo żywa na długie lata jak w dniu ślubu. Starałem się pilnować swoich emocji, ale przyznam się że dwa razy się bardzo wzruszyłem. Raz jak życzenia składała mi moja koleżanka, a za drugim razem jak życzenia składała znajoma rodziny A. Na szczęście łezka się nie uroniła. Koperty z pieniędzmi od gości odbierała od nas Agata. Prezenty odbierała siostra A.

Goście byli bardzo zdyscyplinowani. W zaproszeniach określiliśmy jasno, że zamiast kwiatów wolimy praktyczniejszy prezent w postaci win. Goście się do tej prośby zastosowali bez wyjątku. Dostaliśmy mnóstwo win z każdego zakątka świata, ktoś nam dał nawet wino z Chin. Będzie co popijać w chłodne wieczory. Po złożeniu życzeń zostaliśmy jeszcze chwilę przed kościołem. Goście spokojnie rozjechali się samochodami w stronę restauracji w Gorlicach- miejsca naszego wesela. Był też podstawiony bus dla osób bez samochodów. Świadkowa z siostrą A. pojechała odwieźć w tym czasie prezenty i pieniądze do domu A. Majątku teściów na czas ślubu i wesela pilnowała osoba z rodziny. Wiadomo, że informacja o tym, że jest ślub w okolicy łatwo się rozchodzi wśród miejscowych, dlatego lepiej taką osobę załatwić do pilnowania dobytku i gotówki na czas nieobecności. Okazja czyni złodzieja.

Przed wyjazdem zrobiliśmy jeszcze kilka pamiątkowych zdjęć i wsiedliśmy z Panią fotograf do naszego samochodu. Auto jechało bardzo wolno. Odpowiadało mi to bardzo, bo to był czas by się trochę rozluźnić. Bez przerwy pozowaliśmy do zdjęć prezentując dumnie założone na palcach obrączki. Niektóre nasze pozy były szalone. Byliśmy w końcu razem i tak szczęśliwi. Po drodze pozdrawiałem przypadkowe osoby - nawet Pana policjanta, który lekko się zdziwił, że Pan młody mu pomachał serdecznie. Przejazd trwał około 15 minut. Gdy dojeżdżaliśmy na miejsce nasz szofer Przemek zatrąbił kilka razy by wszyscy wiedzieli że Młoda Para jest już na miejscu. Wysiadłem jako pierwszy i otworzyłem drzwi A. Zobaczyłem, że wszyscy goście robią nam zdjęcia. Było to bardzo fajne uczucie być centrum uwagi. Na co dzień, dzielnie wtapiamy się w tłum społeczeństwa.

Rodzice byli już gotowi do tradycyjnego przywitania chlebem i solą. Wejście do lokalu było udekorowane białymi balonikami. Bochenek chleba był specjalnie pieczony na tą okazję przez restaurację. Po przywitaniu dostaliśmy kieliszki z szampanem, które po wypiciu rzuciliśmy za siebie. Robiłem wszystko by się rozbiły i przy okazji żeby nikogo przypadkowo nim nie trafić. Udało się! To znak, że będziemy żyć szczęśliwie :) Później symbolicznie przeniosłem moją żonę przez próg. W środku restauracji na stoliku stały kieliszki z szampanem ułożone starannie przez kelnerów w kształt serc. Był wspólny toast, a goście odśpiewali nam sto lat. Po toaście goście zaczęli szukać swoich miejsc przy stołach. Poszło całkiem sprawnie ponieważ na stołach rozstawiliśmy winietki (ręcznie robione przez mamę A.). Stoły były ułożone w 4 bloki. Po prawej przy długim stole usadziliśmy "starszych" - starsze osoby, dalszą rodzinę, sąsiadów i znajomych rodziców. Po lewej natomiast "młodych", czyli naszych znajomych i rodzeństwo z partnerami. Na wprost wejścia był stół prezydialny przy którym siedzieliśmy my oraz o bokach nasi rodzice. Był jeszcze jeden krótszy stolik koło nas z częścią rodziny, która nie zmieściła się przy długim stole. Z kolei z tyłu sali był mini stoliczek, gdzie posadziliśmy naszego DJ'a oraz parę fotografów.

Panowała pełna integracja - rodzinę i znajomych przemieszaliśmy wg naszej najlepszej wiedzy. Uważam, że usadziliśmy ich perfekcyjnie, bo od razu zaczęły się rozmowy osób, które nigdy się nie widziały. Nikt się nie alienował. Gdy wszyscy mieli już swoje miejsca, kelnerzy podali dwudaniowy obiad. Obsługa się spisała podczas wesela na medal. Było tylko dwóch Panów, ale tak sprawnie roznosili dania i zbierali naczynia, że nikt nie czekał dłużej niż 2-3 minuty na posiłek. Błyskawicznie zbierali też puste naczynia. Alkoholu nie zabrakło nikomu przez całe wesele.

Warto wspomnieć też o dekoracji sali. Salę ubieraliśmy samodzielnie. Klimat dekoracji był zbliżony do tego z kościoła. Na stolikach flakony ze słonecznikami. Na naszym stoliku była ułożona duża kompozycja ze słoneczników układana przez mamę A. W sali panował półmrok. W takie oświetlenie idealnie wkomponowały się robione przez nas świeczniki ze słoików przyozdobionych koronkami.
Jeśli chodzi o alkohol to zaryzykowaliśmy i kupiliśmy ostatecznie Smirnoffa (wahaliśmy się do końca czy nie kupić Wyborowej). Dla wybrednych gości na stołach były butelki z winem francuskim czerwonym i białym półsłodkim.

Najciekawszym elementem naszej dekoracji były zawieszki na butelki. Zrezygnowaliśmy z tradycyjnych gotowych karteczek i zamieniliśmy je na zawieszki w kształcie sukni Pani Młodej robione z serwetek używanych w gastronomii pod ciastka (autorski pomysł teściowej). Na wódki zawieszki miały żółte wstążeczki, a na wina czerwone. Goście zabierali je do domu równie chętnie jak paczki z ciastami :)

Obiad trwał około 30 minut, czyli chyba gościom smakowało. I tu też mała rewolucja weselna. Wykreśliliśmy z menu rosół! Nie każdy ma miłe wspomnienia z rosołem na weselach. Bardzo łatwo też ubrania schlapać jedząc rosół. Jakże wielkie było zdziwienie części gości, gdy zamiast rosołu w talerzach zobaczyli bulion grzybowy z groszkiem ptysiowym :) Po obiedzie podano od razu kawę lub herbatę. Doradziła nam tak właścicielka lokalu, która powiedziała, że jeśli kawa jest po pierwszym tańcu to goście zamiast do tańca i zabawy kolejną godzinę poświecą na picie kawy i oglądanie co robią osoby przy stoliku obok ;) Rada okazała się bardzo cenna.

Gdy goście dopijali kawę dałem znać DJowi, by zapowiedział, że zaraz nastąpi nasza chwila prawdy - czyli pierwszy taniec Młodej Pary. Okropnie się bałem tego momentu. Jeszcze popijąc kawę pytałem A. o kolejność kroków w naszym układzie. Czułem, że to może być jedna z chwil, którą będę chciał później wymazać z pamięci. Stres był chyba porównywalny do tego z przysięgi.

DJ zapowiedział pierwszy taniec i poprosił nas na środek parkietu. Parkiet był na środku sali, tej samej co stoły weselne. To był nasz warunek wyboru sali, że parkiet i stoły muszą być w jednym pomieszczeniu. To była gwarancja, że parkiet nie będzie pusty, a goście chętniej ruszą się od stolików widząc innych tańczących. Chcieliśmy balu, a nie bankietu ;)

Na pierwszy taniec wybraliśmy rzadko spotykaną piosenkę Jarosława Webera - "O Krok". Spytacie pewnie dlaczego akurat ta piosenka? Utwór ma wolne tempo (jest walcem) i trwa ok 3 minut. Moja żona dodatkowo nalegała by nasza piosenka była po polsku, a jej tekst miał nawiązywać do miłości. W krótszym tańcu można efektywniej zaprezentować układ taneczny. Podstawowe kroki walca są dosyć proste i wolniejsze tempo umożliwiło mojej ukochanej swobodniejsze ruchy w sukni z kołem. Przygotowywaliśmy się do pierwszego tańca wyłącznie w domu przez kilka godzin 3 dni przed weselem. Nie mieliśmy wcześniej specjalnego kursu i wykupionych indywidualnych godzin z instruktorem. Cały układ wymyśliliśmy sami, podpatrując jak walca tańczą inni nowożeńcy w filmikach na you tubie.

Wyszło nam bardzo dobrze, przynajmniej takie było zdanie gości. Nie zabrakło obrotów Pani Młodej, czy odchyleń i romantycznego pocałunku na zakończenie. Starałem się nie deptać po butach A. i uważać na jej delikatną suknię. Wszyscy po tańcu bili brawo. Moja siostra po tańcu podeszła do mnie i powiedziała, że od roku zrobiłem ogromne postępy i nie spodziewała się, że tak dobrze nam wyjdzie. Z kolei nasi znajomi dopytywali się jak długo chodziliśmy na kurs tańca przed ślubem. Dopiero po pierwszym tańcu zeszło z nas ciśnienie. Poczułem się wreszcie prawie jak gość weselny, a nie tylko organizator :) 

Ponieważ dzisiejsza notka była bardzo długa oszczędzimy wam czytanie drugiego tekstu widzianego oczami Pani Młodej. W nagrodę za Waszą wytrwałość, drodzy czytelnicy, Zakochana opisze drugą część zabawy weselnej w osobnej notce (pewnie już jutro). To na co czekacie opublikujemy po notce A. Zamieścimy wtedy reportaż ze zdjęć ślubno-weselnych z całego dnia, tak by można było teksty z ostatnich notek porównać z obrazkami :) Cierpliwości...

C.D.N...niebawem

Zakochany

wtorek, 8 października 2013

Nasz najważniejszy dzień

Wiem, że długo kazaliśmy Wam czekać na relację ze ślubu i wesela, ale musieliśmy ochłonąć i trochę odpocząć ;) Teraz będziemy relacjonować wszystko ze szczegółami.  


Oczami Zakochanej: 

Myślałam, że noc z piątku na sobotę będzie dla mnie bezsenna, bo jednak nerwy robią swoje. A tu o dziwo spałam i to całkiem dobrze. Rano moja mama i siostra zerwały się wcześniej, bo miały na 7.30 do fryzjera. Ja wstałam tuż przed siódmą i zaczęłam od mycia głowy, śniadania i małej kawy z mlekiem. Czasu nie miałam zbyt wiele, tuż po wysuszeniu głowy M. zawiózł mnie z domu do kwiaciarni. Na miejscu byliśmy tuż po ósmej. Kwiaciarka dała mi przygotowanego już kwiatka do włosów - białą frezję. Pokazała też bukiet ślubny, który był prawie skończony. I tutaj czekała nas pierwsza przygoda. Zamawiałam bukiet z pomarańczowych róż, frezji i santini, dookoła którego miała być obwódka z trawy niedźwiedziej. Patrzę na bukiet i żadnej trawy nie widzę, są tylko jakieś inne listki. Pytam pani kwiaciarki: "a gdzie jest ta trawa?". A ona na to "ojej, na śmierć zapomniałam". Na szczęście udało się jej jeszcze to poprawić i dołożyć trawę. Chociaż i bez niej bukiet był piękny. 

Prosto z kwiaciarni M. zawiózł mnie do fryzjerki. Dlatego M. musiał mnie wozić, bo wszyscy inni byli już samochodami gdzieś w drodze i załatwiali inne rzeczy. U fryzjerki siedziała na fotelu moja mama, mama M. i moja siostra. Obie mamy były w trakcie robienia fryzury - a o tej porze powinny mieć ją już gotową! Tylko moja siostra miała zrobiony piękny kok poprzeplatany warkoczykami i poupinane w środku różyczki - bosko! Musiałam chwilę zaczekać, bo nie było dla mnie miejsca na fotelu, ale już po chwili byłam czesana. Zrobienie upięcia na moich gęstych włosach zajęło właścicielce zakładu 1,5 godziny. Ale za to kok był wspaniały i wszyscy później byli zachwyceni :D W międzyczasie obie mamy wyszły od fryzjerki i udały się do kosmetyczki. Podczas czesania fryzjerka mówiła, że trochę kiepska pogoda. Faktycznie za oknem niebo było zasnute chmurami i było trochę chłodno. Powiedziałam jej, że rozpogodzenie jest planowane według prognozy na jedenastą. I sprawdziło się, jak od niej wychodziłam to już widać było niebieskie niebo :) U fryzjera czekała mnie kolejna przygoda. Marzena, która mnie czesała, kazała wyciągnąć welon z siatki, żeby mogła mi go wpiąć. Ja od krawcowej dostałam welon razem z suknią. Był to welon i osobno grzebyk, w domu nawet nie przyszło mi do głowy żeby sprawdzić jak się to upina. Fryzjerka, jak to zobaczyła to się przeraziła, bo materiał nie był przyszyty do grzebyka (a powinien być). Na szczęście poradziła sobie przy pomocy szpilek i wsuwek. Dobrze, że się udało, bo byłabym bez welonu i mama musiałaby coś na szybko wymyślić. 

Od fryzjerki pieszo poszłam do kosmetyczki, niedaleko bo jakieś pół kilometra. Ludzie na ulicy dziwnie się patrzyli, bo miałam na sobie polar a we włosach welon i kwiaty ;) Do kosmetyczki dotarłam spóźniona jakieś 20min, bo czesanie się przedłużyło. Pani Paulina od razu zabrała mnie na fotel do malowania. Trochę kazałam jej rozjaśnić ten makijaż w stosunku do tego próbnego. Ze stresu oblizywałam wargi mimo, że kosmetyczka mi surowo tego zabroniła;) Później przestraszyłam się jak malowała mi rzęsy tuszem i wszystko odbiło mi się pod okiem. Trzeba było poprawiać. Ale końcowy efekt był wspaniały. Pomarańczowe powieki, w kącikach złoty połyskujący pył a na końcu powieki przyciemnione do brązu. Do moich rudych włosów pasowało idealnie. Podkład i róż na policzkach zwieńczyły dzieło i wszystko razem wyglądało elegancko, ale też w miarę naturalnie. 

Od kosmetyczki też odebrał mnie M. Zanim przyjechał wszystkie panie u kosmetyczki zdążyły się pozachwycać moją fryzurą i makijażem. Wróciłam do domu około 12.00. Wtedy przeraziłam się, że mam już bardzo mało czasu, bo ślub było 16.00 a M. miał przyjechać po mnie około 14.30. Mamy nie było w domu - pojechała z chłopakiem mojej siostry stroić kościół i samochód. W domu była tylko moja siostra i tata. Zrobiłam sobie kawę i kanapki, bo dziwnie szybko zgłodniałam. Zabrałam się za malowanie paznokci. W międzyczasie popijałam kawę, ale kanapek nie zjadłam, bo żołądek nie chciał za bardzo niczego wcisnąć. Niestety malowanie paznokci w ostatniej chwili było złym pomysłem, ale nie mogłam tego zrobić dzień wcześniej, bo jeszcze myłam naczynia i bałam się, że lakier odpryśnie. Pomalowałam jedną warstwę i przylepiłam srebrne cyrkonie. Jak na złość lakier nie chciał w ogóle schnąć. Kiedy wydawało mi się, że jest już suchy i zaczęłam coś brać do rąk, to cyrkonie się rozjechały i trzeba było poprawiać. Mimo poprawiania, już przed wyjściem z domu zauważyłam, że część kryształków jednak odpadła, ale wtedy już nie mogłam nic z tym zrobić. Na szczęście nie było to zbyt widoczne. 

W międzyczasie wróciła moja mama. Udekorowała kościół, ale samochodu nie zdążyła dokończyć i uznała, że skończy jak już auto podjedzie pod nasz dom. Jak tylko weszła do domu to zajęła się dekoracją wejścia i przytwierdzaniem białych kokard do balkonu. W tym czasie zadzwoniła moja świadkowa, która jechała z dosyć daleka, żeby powiedzieć, że niestety trochę się spóźni, bo coś im wypadło po drodze. Na szczęście dotarła jeszcze przed fotografami.
 
Około 14-tej przyjechali fotografowie - Basia i Olek. A tuż za nimi zobaczyłam na podjeździe M. i jego rodziców. Trochę się zestresowałam, bo M. miał przyjechać później, dopiero jak będą zrobione zdjęcia jak ja się ubieram. Ale na szczęście M. z rodzicami czekał cierpliwie przed domem, aż wszystko będzie gotowe. Myślałam, że zdjęcia przy ubieraniu będą bardziej pozowane, bo zdążę przebrać się wcześniej. Nic z tego. Jak przyjechała Basia z Olkiem miałam na sobie niebieską bluzkę, białe rajstopy i czarne krótkie spodenki, żeby łatwiej się było przebrać. Fotografie z zakładania sukni robiła Basia. Nikt nie miał za bardzo czasu, wszyscy gdzieś biegali, więc dobrze, że była moja świadkowa Agata, bo bez niej chyba nikt by mi nie pomógł się ubierać. Najpierw założyłam koło, później suknię. Chwilę zajęło nam odczepienie szlufek, na których suknia wisiała na wieszaku. Później Agata sznurowała mi suknię. Wszystko było robione dosyć szybko. Nie było pozowania do zdjęć, raczej wszystko na żywo, więc fotki na pewno wyjdą bardzo realistycznie i naturalnie. Na koniec było zakładanie podwiązki i butów. Szybka poprawa błyszczyka na ustach i byłam gotowa. Nawet nie wiem ile nam to zajęło. Wiem tylko, że kiedy ja byłam już gotowa, to wszyscy inni domownicy biegali zestresowani i wcale nie gotowi. Zwłaszcza moja mama była strasznie zakręcona. 

W końcu stanęłam na ganku, tuż przed drzwiami, żeby przywitać się z M. On w tym czasie stał z rodzicami na zewnątrz i też czekał. Basia wykadrowała sobie w tym czasie idealne ujęcie i światło. A my wciąż czekaliśmy, bo rodzina była niegotowa. W międzyczasie przyszła moja babcia, która mieszka niedaleko. Trochę pożartowała i to lekko rozluźniło napięcie. W pewnym momencie świadkowa zapytała o wykupiny. Nikt wcześniej o tym nie pomyślał. A Agata nie chciała odpuścić. Zapytała moich rodziców "to tak za darmo ją oddacie? tak nie może być". Moja mama wtedy zestresowała się jeszcze bardziej, bo ona nie wie, co trzeba robić. Nie wiem jak wykupiny dokładnie wyglądały, bo wszystko rozegrało się przed domem, a ja byłam w środku i nic nie słyszałam :P 

Wreszcie nastąpił moment przywitania. Ja wpięłam M. butonierkę, a M. wręczył mi bukiet. Był całus w policzek. Później błogosławieństwo. Mamy chyba ze stresu nie mogły za wiele z siebie wydusić. Pokropiły nas wodą święconą i dały krzyżyk do ucałowania. Ojcowie też niewiele powiedzieli. Za to pamiętam, że najbardziej głos załamał się mamie M. Jak usłyszałam, że ona prawie płacze to mi też napłynęły łzy do oczu, ale się powstrzymałam. Podczas błogosławieństwa mama i babcia dały mi po banknocie, żebym schowała go w dekold, bo to wróży szczęście i dostatek. Nie było wyjścia, musiałam wcisnąć 50zł w dekold ;) 

Później okazało się, że jest trochę za wcześnie, żeby wyjeżdżać do kościoła, więc czekaliśmy w salonie. Czas dłużył się niemiłosiernie. Pięć minut trwało całe wieki. W końcu nie mogłam już dłużej czekać i powiedziałam, że jedziemy. Pięknie przystrojony samochód czekał przed domem. Strasznie ciężko było mi do niego wsiąść. Koło od sukni sprawiało, że ledwo co się mieściłam na tylnim siedzeniu. Lekko też zabrudziłam suknię o próg, ale szybko pomogła mi z tym Agata. Razem z nami w samochodzie jechała Basia, nasz fotograf i robiła zdjęcia. Przemek (kierowca) zagadywał nas, bo miesiąc wcześniej sam miał ślub. Dzięki niemu atmosfera nie była taka nerwowa. Po drodze nie napotkaliśmy na żadne bramy, chyba po prostu za wcześnie wyjechaliśmy. Dzięki temu pod kościołem byliśmy jakieś 30min przed czasem. Ponieważ w środku trwał chrzest, ustawiliśmy się na dziedzińcu i czekaliśmy, witaliśmy gości, pozowaliśmy do zdjęć. Goście żartowali, że nie mogą nas spuścić z oczu, bo jeszcze uciekniemy. W końcu chrzest się skończył, goście weszli do kościoła...

Oczami Zakochanego:


Noc przed ślubem była prawie bezsenna. Z jednej strony nie stresowałem się tak mocno bo i tak zbyt mało czasu zostało by coś radykalnie poprawić w naszych przygotowaniach. Rozum jednak nie pozwolił zasnąć. Cały czas rozmyślałem jak to będzie i zadawałem sobie szereg kolejnych pytań. Czy właśnie tak sobie wymarzyliśmy nasz dzień? Czy jest to, aby na pewno dobry moment na ślub? Czy ślub jest jest niezbędny, by nasze przyszłe wspólne życie było jeszcze lepsze? Czy nie mogliśmy jeszcze przedłużyć okresu narzeczeństwa? Rozum podpowiadał, że od ślubu i podjętej rok temu decyzji nie ma już odwrotu. Te pytania, które krążyły w mojej głowie powodowały niepotrzebny sztuczny stres i tak już spotęgowany do granic możliwości przez ostatnie dni przygotowań przed ślubem. Dodatkowo pojawiły się u mnie problemy żołądkowe. Tak budząc się co chwilę doczekałem świtu. Pod znakiem zapytania była również pogoda. Wstaliśmy ok 7:00. Za oknem ujrzałem mokry parapet i mgłę. Padała lekka mżawka. W głowie miałem już wstępnie poukładany plan co mamy robić przez kolejne godziny, aż do momentu ślubu. Ponieważ zgodnie z tradycją nie mogłem zobaczyć wcześniej sukni ślubnej A., moje ubieranie do ślubu w domu teściów odpadało. Najlepszym rozwiązaniem z tej sytuacji było ubieranie się w wynajętym wcześniej pokoju hotelowym w miejscu wesela. Strój i niezbędne dodatki został czekały już na miejscu. W tym samym hotelu już od dwóch dni osobny pokój wynajmowali rodzice, którzy pomagali w przygotowaniach, a przy okazji mieli mi pomóc w ubieraniu.

Po zjedzeniu wspólnego śniadania wyjechaliśmy ok. 8 razem z A. do fryzjera. Ja miałem być szoferem ponieważ mama A i jej siostra były umówione do fryzjera i kosmetyczki trochę wcześniej. Po drodze do fryzjera odebraliśmy z kwiaciarni kwiat do upięcia we włosach A. Następnie odwiozłem przyszłą żonę do fryzjera i miałem czekać na telefon od niej aż wyjdzie od kosmetyczki i będzie ją można odwieźć z powrotem do domu. Zgodnie z planem miało to być ok  godziny 10:30. W tym czasie miałem zrobić ostatnie zakupy m in. kupić małe buteleczki wódki na konkursy weselne, odebrać bukiet weselny, napompować balony do zabawy dla dzieci, wykąpać się, ogolić i zwieźć ostatnie rzeczy do restauracji. Wszystko poszło prawie tak jak zakładaliśmy. Rożnica była taka, że w pierwotnym planie miałem odebrać zamówiony bukiet ślubny dopiero po dowiezieniu A. od fryzjera z powrotem do domu. Ponieważ jednak Panna Młoda spędziła więcej czasu u fryzjera i kosmetyczki niż zakładała wcześniej, rozsądnym rozwiązaniem było odebranie bukietu przed odwiezieniem jej do domu. Bukiet musiał być cały czas trzymany i nie mógł leżeć by się nie zniszczył. Dlatego do pomocy poprosiłem mojego tatę, który trzymał bukiet, gdy ja prowadziłem samochód.

Wybraliśmy wspólnie z A. bukiet dzień wcześniej. Bukiet był utrzymany w odcieniach pomarańczy, bieli i zieleni. Bukiet tworzyły pomarańczowe różyczki ozdobione sztucznymi cyrkoniami na końcach, młode frezje (jeszcze nie rozwinięte) uzupełnione jaskrawo zielonym santini. Bukiet miał kształt kuli i był przybrany od dołu liśćmi nazywanymi fachowo "niedźwiedzią trawą". Całość prezentowała się cudnie i bardzo żywo jak na wrzesień. Gdyby to Pan Młody miał mieć swój bukiet wybrałbym identyczny :) Dla świadkowej zamówiliśmy bukiecik mniejszych rozmiarów, ale utrzymany w podobnej kolorystyce - herbaciane róże i frezje. Z kolei na butonierkę wybraliśmy spreparowaną frezję. Umówiłem się z A. że odbiorę też bukiet dla świadkowej Agaty i ok 12:00 przekażę jej w hotelu by nie musiała szukać kwiaciarni w obcym mieście.

Zapłaciłem za bukiet i zawieźliśmy kwiaty do hotelu. Bukiet ślubny nie musiał mieć wody (miał ukryte fiolki z wodą wewnątrz) więc trafił tylko do pustego wazonu. Bukiet dla Agaty wstawiłem do wazonu. W między czasie odebrałem mamę od kosmetyczki. Była zadowolona z efektu makijażu. Rodziców zostawiłem w hotelu.

W tym czasie zadzwoniła, A. że jest gotowa i czeka na powrót do domu. Pojechałem błyskawicznie i odebrałem ją od kosmetyczki. Moja przyszła żona wyglądała cudnie. Fryzura aż tak bardzo mnie nie zaskoczyła bo widziałem próbną fryzurę tydzień wcześniej. Była jednak wykonana bardzo solidnie i nawet ja który zwracam uwagę na szczegóły, byłem zadowolony z efektu. Był to klasyczny kok. Za to makijaż to już pełne zaskoczenie. Z tego co wiem A. planowała cienie zielone, do których byłem sceptycznie nastawiony. Jej próbny makijaż był moim zdaniem średni, ale nie chciałem mocno manifestować. Natomiast końcowy efekt był olśniewający. Cienie delikatne, mocniejsza szminka , ładnie podkreślone oczy, które sprawiało wrażenie większych. Zielonych cieni nie zauważyłem, chyba nie było. Może to co widziałem to kwestia moich nerwów :) Jej twarz zrobiła się bardziej okrągła i A. wyglądała bardziej poważnie niż na co dzień.
Odwiozłem A. do domu i wróciłem autem do hotelu. Zegar wskazywał godzinę 12:30. Do ślubu pozostało zaledwie 3,5 godziny. Na 13:15 umówionego miałem fotografa do robienia reportażu z moich przygotowań.Jak już kiedyś wspominaliśmy w osobnej notce mieliśmy parę fotografów - Basię i Olka (polecamy). Poprosiłem ich żeby przyjechali już o 13:15 ponieważ spodziewaliśmy się kilku bram po drodze z kościoła, a przy odrobinie pecha mogliśmy się w rezultacie spóźnić na własny ślub. Lepiej dmuchać na zimne. 
Przed przyjazdem fotografów przywitałem przy okazji w korytarzu pierwszych gości, którzy zameldowali się w hotelu i wydałem bukiet świadkowej.
Fotografowie byli punktualnie. Zdjęcia do reportażu poszły sprawnie. Już z sesji narzeczeńskiej wiedziałem mniej więcej czego oczekuje fotograf. Miałem być naturalny i nie przejmować się obecnością obiektywu. Po kolei ubrałem koszulę, założyłem spinki do mankietów i buty. Przy  zakładaniu muchy pomogła mi mama (ciężko samemu dopasować idealnie długość zapięcia). Tu wyjaśnię, że nie chciałem zbytnio absorbować mojego świadka Andrzeja, który na tą okazję jechał samochodem z Warszawy. Stwierdziłem, że wystarczy jak godzinę przed ślubem będzie pod kościołem na podpisanie dokumentów. W zdjęciach zastąpili go moi rodzice, którzy i tak byli na miejscu już od 2 dni. Następnie założyłem marynarkę i pozowałem do kliku zdjęć. Było też przy okazji moje pamiątkowe zdjęcie z rodzicami. O 13:10 byłem już  gotowy do wyjazdu po A.

Odczekaliśmy jeszcze chwilę i pojechaliśmy wspólnie autem rodziców: ja, fotograf i rodzice. Auto miało ozdobną wstążeczkę na lusterkach. Drugi z fotografów pojechał kilka minut wcześniej do A. zacząć fotografować jej przygotowania. Po drodze cały czas rozmyślałem czy niczego nie zapomniałem i czy pas bezpieczeństwa nie pomnie koszuli. Dodatkowo fotograf Basia robiła zabawne zdjęcia po drodze. O 14:00 byliśmy już pod domem A. w jej rodzinnej miejscowości tuż pod Gorlicami. Pogoda jak na zamówienie zmieniła się: chmury się rozstąpiły, pojawiło się wymarzone słońce. Po porannej mgle i deszczu pozostało wspomnienie. Uciążliwy był tylko dość mocny wiatr. Jednak najważniejsze nasze życzenie pogodowe, czyli brak deszczu w czasie ślubu było już bliskie spełnienia :) 

Byłem coraz bardziej ciekawy jak moja przyszła żona wygląda. Nie mogłem jednak wejść do domu. Przygotowania wciąż trwały, a mój stres narastał. W drzwiach wejściowych, przewijała się kolejno świadkowa, teściowa, siostra A., moja mama, a nawet babcia A (nowoczesna i bardzo sympatyczna starsza Pani :) Podobno pojawiła się nawet A w sukni, ale nie starałem się nie patrzeć w stronę schodów i otwieranych drzwi. Dom był delikatnie przystrojony w kwietniki i kokardy. Baloników i przewieszonych prześcieradeł brak - wszystko zgodnie z zamysłem mamy A. Parking układany kostką do ostatniej chwili spełniał swoją rolę.

Na zewnątrz spędziłem grubo ponad 20 minut. Stres rozładowywałem rozmową z tatą i fotografem. W między czasie przyjechał kuzyn A. przystrojonym błękitnym BMW, który miał nas zawieźć do ślubu. Jest on świeżo upieczonym mężem więc podpytałem go przy okazji o kilka cennych wskazówek przed ceremonią ślubu i weselem. Chaos i wielkie wyczekiwanie, tak można określić w dwóch słowach to co się działo w ciągu kolejnych kilku minut. Mama A. kończyła w tym czasie przystrajać nasze auto (była twórczynią wszystkich dekoracji w kościele, na sali weselnej i na samochodzie). W końcu nastąpił moment kiedy mogłem ujrzeć Pannę Młodą. Zanim jednak otworzyła mi drzwi do domu, odbyły się symboliczne wykupiny zainicjowane przez świadkową Agatę. 
I w końcu stało się! W drzwiach pojawiła się moja ukochana w białej sukni z długim welonem. Suknia była na osadzona na tzw. kole co sprawiło, że prezentowała się jeszcze bardziej okazale. Suknia A. miała odsłonięte ramiona. Wszystko mi się podobało. Klasyka, blask i biel 0 to lubię! :)  Tak jak w moim  wyobrażeniu, a może to był też sen ;-). Taką właśnie chciałem ją w tym momencie zobaczyć i taką ujrzałem.

Wręczyłem jej piękny bukiet i skradłem symbolicznego całusa. Ona z kolei przypięła mi butonierkę do marynarki. Zapach frezji był tak intensywny, że nie odstępował mnie w czasie całej ceremonii ślubnej i na weselu. Po przywitaniu nastąpiło błogosławieństwo rodziców. Chcieliśmy by cały obrzęd był jak najbardziej prosty i symboliczny, czyli niezbędne minimum. Nie było drużby, orkiestry, nie było też wszystkich gości weselnych tylko jedynie najbliższa rodzina, świadkowa i fotografowie. Uklęknęliśmy całując symbolicznie krzyżyk. Przy błogosławieństwie, czego się spodziewałem, najbardziej rozczuliła się moja mama. Tak to jest jak się żeni swojego jedynego syna :) Ja i A. zachowaliśmy powagę. 

Później życzenia złożyła nam również babcia A. Moje babcie i moi dziadkowie niestety nie dożyli tej pięknej chwili, a szkoda. Później był czas na kilka pamiątkowych zdjęć, zabranie wszystkich potrzebnych przedmiotów oraz ustalenie kolejności wyjazdu aut. Do bagażnika auta trafiło kilka butelek wódki weselnej i cukierki na bramy. Nasze obawy okazały się przesadzone. Ponieważ wyjechaliśmy już niecałą godzinę przed ślubem w trasę do kościoła (ok 3 km) zaskoczyło to okolicznych sąsiadów. Po drodze nie było ani jednej bramy. Może to i lepiej. Niepotrzebny dodatkowy stres przed ślubem nie był wskazany. 

Asia miała bardzo długą suknie, a koło utrudniało jej wsiadanie i wysiadanie. Starałem się jej pomagać razem ze świadkową i szoferem, ale i tak było ciężko by nie dotknęła progu auta suknią.
Na parkingu przed kościołem w Kobylance byliśmy już 35 minut przed ceremonią. Pierwsi goście też byli już przed kościołem. Wewnątrz kościoła trwały jeszcze chrzciny. Każda nowa para witała się z nami, robiła nam pierwsze zdjęcia. W dalszym ciągu nie padało, ale wiatr był przenikliwy. Był to dobry prognostyk na resztę popołudnia :) Asia miała założone bolerko ale i tak stojąc przed kościołem marzliśmy. Pojawili się chwilę później nasi świadkowie. Wręczyliśmy im obrączki, kartki od spowiedzi i razem udali się na podpisanie protokołu na zakrystię. My czekaliśmy dalej na moment wejścia do kościoła. Już prawie wszyscy goście byli w środku...


Ciąg dalszy w kolejnej notce :) 

Zakochana i Zakochany 

poniedziałek, 22 kwietnia 2013

5 miesięcy do ślubu!

Do ślubu pozostało pięć miesięcy. Nie wiem kiedy ten czas tak szybko minął. Mam wrażenie, że na razie mało rzeczy mamy załatwionych, ale z drugiej strony sądzę że i tak ze wszystkim zdążymy. 
Co mamy na chwilę obecną? 
- wybrany termin ślubu
- wybrany i zarezerwowany lokal na wesele
- zarezerwowany termin u DJ-a 
- wybranego fotografa 
- wybrany kościół 
- zarezerwowaną godzinę ślubu
- wybrane wzory zaproszeń 
- ukończone nauki przedmałżeńskie 
Czyli najważniejsze rzeczy są. Teraz trzeba będzie się skupić na wielu sprawach, które zapewne zajmą mnóstwo czasu. 

Do załatwienia zostały: 
- nasze ubrania (suknia, garnitur, dodatki) 
- obrączki 
- bukiet ślubny 
- wybór dekoracji na salę, do kościoła, na samochód
- ostateczne ustalenie listy gości 
- rozdanie zaproszeń 
- rezerwacja noclegów 
- rezeracja busa
- wynajęcie samochodu, który zawiezie nas do ślubu
- zrobienie winietek na stół i ustalenie miejsc dla gości
- zakup wódki, soków, owoców, paczek z ciastkami 
- zakup prezentu dla rodziców
- wybranie muzyki, zwłaszcza pierwszego tańca
- zarezerwowanie fryzjera, makijażyski
- spisanie protokołu ślubnego i załatwienie spraw urzędowych
- odbycie spotkań w poradni, aby mieć zaliczone nauki przedmałżeńskie
... i pewnie jeszcze wiele drobnych rzeczy, które w tym momencie nawet nie przychodzą mi do głowy. Te pięć miesięcy będzie z pewnością bardzo pracowite. 


Chętnie poczytam rady od Was, jak to wszystko załatwić żeby obyło się bez zbędnych nerwów. Wszystkie opinie mile widziane :) 
Zakochana

poniedziałek, 18 lutego 2013

Przygotowania ślubne - fotograf wybrany :)

Na początku notki chcielibyśmy podziękować wszystkim naszym czytelnikom. To dzięki Wam nasz licznik odwiedzin przekroczył niedawno magiczną barierę 10000 odwiedzin. To sprawia, że nawet na chwilę nie myślimy o zawieszeniu pisania naszego bloga. Puki są chętni by czytać nasze notatki, są i chęci by w dalszym ciągu pisać o ciekawych, a czasem i codziennych sprawach. Oby tej motywacji starczyło na kolejnych kilka lat.

Kolejny etap przygotowań ślubnych za nami. W weekend byliśmy w Gorlicach podpisać umowę z fotografem, którego wybraliśmy we wcześniejszym mini castingu ;) Jesteśmy bardzo zadowoleni. Za kwotę ok. 1500 zł mamy fotografa od momentu przygotowań w domu, aż po oczepiny. W cenie jest sesja plenerowa w innym dniu. Dostaniemy na płycie ponad 1000 dobrych obrobionych zdjęć + prezentację video. Tak duża ilość zdjęć raczej nie jest regułą wśród fotografów. W cenie jest też fotografowanie na dwa aparaty, przez dwie różne osoby, co pewnie zaowocuje super efektem w postaci zdjęć tego samego momentu w różnych perspektywach.

Gratisowo dostaliśmy sesję narzeczeńską, która pomoże nam w późniejszej pracy z fotografem podczas ślubu i pleneru ślubnego. Relację z sesji narzeczeńskiej na pewno znajdziecie później na naszym blogu. Będzie to dla nas niesamowita zabawa i przygoda. Do ustalenia z fotografem mamy jeszcze, czy będziemy brać u niego album, czy też będziemy zamawiać album w innym miejscu. Skłaniamy się raczej ku nowoczesnej formie foto książki.

Przy okazji wizyty w Gorlicach zaglądnęliśmy też do kilku jubilerów, salonu sukni ślubnej i sklepu z garniturami. Nie pomyślcie, że Pan Młody chciał doradzać suknię swojej narzeczonej. Ciekawiły nas bardziej względy organizacyjne i jak ceny z Gorlic różnią się od tych w Krakowie. W kwestii obrączek jesteśmy zgodni - chcemy klasyczne złote z grawerowaniem wewnątrz. Ceny były dość wygórowane, może dlatego, że nie była to produkcja własna, a jedynie sprzedaż innych marek jubilerskich.

Co do sukni nic mojej A. nie przypadło specjalnie do gustu. Jej wyobrażenie sukni to  krój klasyczny z zabudowanymi ramionami i delikatnym dekoltem. Koszt wypożyczenia sukni to mniej więcej 500 zł, a uszycia wg własnych wskazówek 1000. Cena nowej sukni z salonu np. firmy Agnes to wydatek mniej więcej od 1500 zł w górę. Co mnie zdziwiło, Pani z salonu powiedziała nam, że od zamówienia projektu sukni do jej sprowadzenia trzeba czekać czasem nawet do 5 miesięcy.

Znacznie prościej chyba będzie z moim garniturem. Od razu na wejściu do jednego ze sklepów z modą męską wpadł mi w oko modny taliowany frak w bardzo dobrej cenie. Myślę że bez problemu znajdę coś dla siebie. Ceny też nie były kosmiczne. Już za 600 zł można mieć naprawdę elegancki, choć nie markowy garnitur.

Wielkimi krokami zbliżają się też święta Wielkanocne. Przypomina mi o tym między innymi posadzona kilka dni temu rzeżucha. Już bardzo ładnie już wyrosła i lada chwila będzie gotowa do jedzenia ;)


Zakochany

czwartek, 31 stycznia 2013

Targi Ślubne w Krakowie

Jak już wspominaliśmy w poprzednich postach w tym roku bierzemy ślub i z tego powodu wybraliśmy się na targi ślubne. Liczyłam, że na takich targach będzie można zobaczyć obecnie panujące trendy, zaczerpnąć ciekawe pomysły oraz zorientować się w cenach panujących na rynku. Muszę przyznać, że raczej oboje się lekko rozczarowaliśmy.  Ale od początku. 

Przede wszystkim trzeba zaznaczyć, że wstęp na targi jest płatny - 15zł od osoby. Uważam, że trochę drogo, bo razem zostawiliśmy na wejściu 30zł. W środku stanowiska wystawiennicze praktycznie z wszystkim potrzebnym do ślubu: sukniami, garniturami, butami, tortami weselnymi, zaproszeniami, muzyką, obrączkami, fotografią, wynajmem sal czy samochodów.

Jeśli chodzi o suknie ślubne to było bardzo kiepsko. Praktycznie żadna suknia nie zrobiła na mnie wrażenia. Część z nich wyglądało bardziej jak długie koszule nocne niż jak suknie. Na pokazie mody ślubnej, który odbywał w głębi sali, też nie dostrzegłam czegoś zachwycającego. Niestety organizatorzy nie zadbali o profesjonalne modelki. Panie chodzące po wybiegu chwiały się i potykały o warstwy sukni. Było kilka modeli dość ładnych, ale żadnej z tych sukien nie chciałabym dla siebie. Lepiej było z garniturami. Były takie, które wyglądały naprawdę bardzo elegancko i miały ciekawe wykończenie np. obszycia w kolorze fioletowym.

Oprócz ubrań sprawdziliśmy też obrączki. Oczywiście jedyną prezentującą się firmą był Apart. Tysiące wzorów i tłum ludzi, więc ciężko było coś zobaczyć. Zorientowaliśmy się też w cenach fotografów. Ogólnie większość wspominała o kwocie 1500 - 2000 zł, ale byli też tacy, którzy za swoją usługę rządali 3500 - 4000 zł.  Do tego jeszcze należy doliczyć koszty dojazdu. Co więcej w cenie zawarta jest bardzo różna liczba zdjęć, niektórzy proponują około 300 zdjęć, a inni około 800. Ciężko więc realnie porównać warunki. Zwróciliśmy też uwagę na zaproszenia ślubne, gdyż szukamy ciekawych wzorów. Niestety wszystkie były niemal takie same - kartka z kokardką na środku i z napisem. Różniły się jedynie kolorami. Nasze zaproszenia będą zdecydowanie inne, bo będzie je robiła moja mama. 

Z targów wyszliśmy obładowani siatkami z ulotkami. Niestety nie dowiedzieliśmy co jest w tym roku modne, nie było żadnych ciekawych pomysłów, czegoś co byłoby inne i przyciągnęło naszą uwagę. Wszystko co było na tych targach można znaleźć w google. Dobrze, że zobaczyliśmy na czym to polega, ale więcej nie zafundujemy sobie tej przyjemności. 

Zakochana

środa, 9 stycznia 2013

Przygotowania do ślubu...9 miesięcy

Na wstępie chciałbym wszystkim czytelnikom naszego bloga, życzyć w Nowym Roku wszelkiej pomyślności, spełnienia najskrytszych marzeń oraz wytrwałości w dążeniu do celów w tym także pisania kolejnych notek na waszych blogach i bycia sobą niezależnie od otoczenia i sytuacji w jakiej się w tym roku znajdziecie.

Pierwszą notkę  w Nowym Roku postanowiłem napisać o naszych przygotowaniach do naszego ślubu i wesela. Temat może oklepany na wielu innych blogach, ale jakże ważny dla każdego kto ma bliską osobę. To będzie wydarzenie numer jeden dla nas w tym roku. Od zaręczyn miną niedługo 4 miesiące dlatego zaczęliśmy już poważnie myśleć o ślubie i weselu. Stwierdziliśmy że najbardziej dogodnym dla nas terminem śluby będzie końcówka  sierpnia lub początek wrzesień. To wystarczająco dużo czasu by się przygotować do ślubu i podopinać wszystkie sprawy z nim związane.  Przy okazji chcielibyśmy żeby był to taki dzień, w którym pogoda nie będzie nam przeszkadzała. Po cichu liczymy, że w dniu naszego ślubu i wesela nie będzie upałów i intensywnego deszczu. Pod koniec listopada zaczęliśmy rozglądać się za salami na wesele. Wybraliśmy kilka z nich kierując się w wyborze ceną, lokalizacją, wielkością sali, cateringiem i opiniami o danym miejscu. Ze względu na fakt, że ja pochodzę z Krakowa, a moja narzeczona z Gorlic (140 km od Krakowa) zdecydowaliśmy że ślub odbędzie się w Gorlicach. Gości będzie z każdej ze stron mniej więcej po równo, natomiast w Gorlicach ceny organizacji wesela są znacznie niższe niż w Krakowie.
Dodatkowo dochodzi problem wolnych terminów. W Krakowie lepsze sale i muzyków potrzeba rezerwować nawet z 2 rocznym wyprzedzeniem. W Gorlicach ten problem nie jest aż tak poważny. Bez kłopotu znaleźliśmy miejsce na wesele, które nam odpowiadało, a przy tym cena za organizację wesela jest w rozsądna (ok 140 zł/os).
Zarezerwowany wstępnie termin ślubu i wesela to 21 września 2013.
Drugą rzeczą którą udało nam się zarezerwować to muzyka na wesele. Ponieważ nasze wesele będzie miało max 80 osób, w tym duża część osób w naszym wieku stwierdziliśmy, że lepszym rozwiązaniem będzie zatrudnienie DJ, który zawsze ma większy wachlarz muzyczny niż tradycyjna orkiestra. Druga sprawa to terminy. Ciężko by było dopasować dobry zespół do terminu rezerwacji sali. Sprawdzone grupy muzyczne mają już grafiki zarezerwowane na cały rok 2013. Jesteśmy zadowoleni z wyboru DJ'a. Jest to osoba z wieloletnim doświadczeniem w graniu na weselach, która będzie zarazem prowadzącym oczepiny i konkursy na naszym weselu.
 Za sobą mamy już pierwsze spotkanie naszych rodziców w Krakowie. Nie ma żadnych przeszkód ze strony naszych rodziców do tego żebyśmy się pobrali i urządzili wesele według naszego uznania. Następne spotkanie planujemy na wiosnę jak już będzie więcej konkretów związanych z weselem tym razem w Gorlicach.
Kolejne tematy związane z weselem na najbliższe tygodnie to wybór miejsca ślubu, odbycie kursu przedmałżeńskiego. Z każdym dniem zdajemy sobie coraz bardziej sprawę, że dobrze przygotować się do ślubu i wesela nie jest tak prosto jak nam się wcześniej wydawało. To mnóstwo szczegółów, które trzeba załatwić z wyprzedzeniem by ten Nasz wymarzony dzień był taki jak sobie go wymarzyliśmy.
PS. 20 stycznia wybieramy się na targi ślubne w Krakowie by podpatrzyć trochę modę ślubną  na obecny sezon i poszukać jakiś inspiracji w organizacji naszego wesela by było jeszcze bardziej atrakcyjne dla nas i naszych gości. Może ktoś był na takich targach i chciałby się podzielić z nami spostrzeżeniami czy warto na nie iść, na co zwrócić uwagę. Mile widziane komentarze ;)

Zakochany

wtorek, 10 stycznia 2012

Łyżwy, powitanie Nowego Roku i wesele

Od ostatniej notki na blogu minęły ponad 2 tygodnie. Ten czas wykorzystaliśmy w pełni, starając się spędzić z sobą jak najwięcej czasu. Co prawda Wigilię i pierwsze dni spędziliśmy osobno ze swoimi rodzinami, ale były to jedyne dni w ostatnim czasie z dala od siebie. Przed świętami obiecałem ukochanej, że wykorzystam urlop w pracy i zaraz po świętach przyjadę do niej na kilka dni do rodzinnego domu.

Tak też stało, Zaraz po świętach wsiadłem w samochód i pojechałem 150 km żeby znów zobaczyć mój największy Skarb. W planach mieliśmy pojeździć wspólnie na nartach, ale deszczowa pogoda i plusowa temperatura przeszkodziła w naszych planach. Na pocieszenie wybraliśmy się na krótki spacer po mieście oraz na łyżwy. Nie jestem doświadczonym łyżwiarzem. Dlatego rok przerwy od ostatniego razu, kiedy jeździłem na łyżwach zrobił swoje. Zanim moje ślizgi stały się w miarę płynne minęło 30 minut. Moja A. jeżdzi na łyżwach od dawna. Dlatego co chwilę zerkała na mnie czy wszystko w porządku i nie trzeba mnie zbierać z tafli ;) Na szczęście skończyło się bez wypadku i bliskich spotkań z lodem. Przy okazji spaliłem trochę kalorii po świątecznym ucztowaniu. Przy okazji wyjazdu do A.kolejny raz zintegrowałem się z jej rodziną przy winku i wypiekach jej mamy :) W takich momentach coraz bardziej utwierdzam się, że mam dobre notowania w oczach rodziców mojej ukochanej. A to przecież ważny element dla relacji w naszym związku.

Sylwestra spędziliśmy wspólnie w Krakowie w naszym mieszkaniu. Nie było może może balu sylwestrowego, tylko kameralna impreza, ale bawiliśmy się przednio. Nie brakło hitów muzycznych, dobrego kina, alkoholu. Były nawet wspólne tańce. O północy złożyliśmy sobie życzenia. Obiecałem A. ,że ten rok będzie jeszcze ciekawszy niż 2011 i obfitujący we wspólne wyjazdy i nieraz ją zaskoczę :)

Z kolei na długi weekend 6 stycznia wybraliśmy się ponownie w rodzinne strony mojej A. Jej ciocia wychodziła za mąż i nie moglem odmówić sobie poznania większej części jej rodziny. Ślub i wesele było kameralne tylko dla najbliższej rodziny. Moja ukochana była dodatkowo świadkiem, ale powierzona rola jej nie przerosła. Spisała się w 100%. Spędziliśmy kolejne wspaniałe chwile razem, a ja i tym razem nie dałem plamy jej rodzinie i wróciłem w pionie z przyjęcia weselnego :) A jedzenia i okazji do wypicia nie brakowało...

Dziękuje Ci Kochanie za kolejne cudowne dwa tygodnie :*

A wszystkim Wam, nasi drodzy czytelnicy, składamy życzenia spełnienia wszystkich marzeń i postanowień w Nowym Roku. Wszyscy straszą kryzysem, ale trzeba wierzyć, że będzie dobrze :)

Zakochany