Pokazywanie postów oznaczonych etykietą przygotowania ślubne. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą przygotowania ślubne. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 8 października 2013

Nasz najważniejszy dzień

Wiem, że długo kazaliśmy Wam czekać na relację ze ślubu i wesela, ale musieliśmy ochłonąć i trochę odpocząć ;) Teraz będziemy relacjonować wszystko ze szczegółami.  


Oczami Zakochanej: 

Myślałam, że noc z piątku na sobotę będzie dla mnie bezsenna, bo jednak nerwy robią swoje. A tu o dziwo spałam i to całkiem dobrze. Rano moja mama i siostra zerwały się wcześniej, bo miały na 7.30 do fryzjera. Ja wstałam tuż przed siódmą i zaczęłam od mycia głowy, śniadania i małej kawy z mlekiem. Czasu nie miałam zbyt wiele, tuż po wysuszeniu głowy M. zawiózł mnie z domu do kwiaciarni. Na miejscu byliśmy tuż po ósmej. Kwiaciarka dała mi przygotowanego już kwiatka do włosów - białą frezję. Pokazała też bukiet ślubny, który był prawie skończony. I tutaj czekała nas pierwsza przygoda. Zamawiałam bukiet z pomarańczowych róż, frezji i santini, dookoła którego miała być obwódka z trawy niedźwiedziej. Patrzę na bukiet i żadnej trawy nie widzę, są tylko jakieś inne listki. Pytam pani kwiaciarki: "a gdzie jest ta trawa?". A ona na to "ojej, na śmierć zapomniałam". Na szczęście udało się jej jeszcze to poprawić i dołożyć trawę. Chociaż i bez niej bukiet był piękny. 

Prosto z kwiaciarni M. zawiózł mnie do fryzjerki. Dlatego M. musiał mnie wozić, bo wszyscy inni byli już samochodami gdzieś w drodze i załatwiali inne rzeczy. U fryzjerki siedziała na fotelu moja mama, mama M. i moja siostra. Obie mamy były w trakcie robienia fryzury - a o tej porze powinny mieć ją już gotową! Tylko moja siostra miała zrobiony piękny kok poprzeplatany warkoczykami i poupinane w środku różyczki - bosko! Musiałam chwilę zaczekać, bo nie było dla mnie miejsca na fotelu, ale już po chwili byłam czesana. Zrobienie upięcia na moich gęstych włosach zajęło właścicielce zakładu 1,5 godziny. Ale za to kok był wspaniały i wszyscy później byli zachwyceni :D W międzyczasie obie mamy wyszły od fryzjerki i udały się do kosmetyczki. Podczas czesania fryzjerka mówiła, że trochę kiepska pogoda. Faktycznie za oknem niebo było zasnute chmurami i było trochę chłodno. Powiedziałam jej, że rozpogodzenie jest planowane według prognozy na jedenastą. I sprawdziło się, jak od niej wychodziłam to już widać było niebieskie niebo :) U fryzjera czekała mnie kolejna przygoda. Marzena, która mnie czesała, kazała wyciągnąć welon z siatki, żeby mogła mi go wpiąć. Ja od krawcowej dostałam welon razem z suknią. Był to welon i osobno grzebyk, w domu nawet nie przyszło mi do głowy żeby sprawdzić jak się to upina. Fryzjerka, jak to zobaczyła to się przeraziła, bo materiał nie był przyszyty do grzebyka (a powinien być). Na szczęście poradziła sobie przy pomocy szpilek i wsuwek. Dobrze, że się udało, bo byłabym bez welonu i mama musiałaby coś na szybko wymyślić. 

Od fryzjerki pieszo poszłam do kosmetyczki, niedaleko bo jakieś pół kilometra. Ludzie na ulicy dziwnie się patrzyli, bo miałam na sobie polar a we włosach welon i kwiaty ;) Do kosmetyczki dotarłam spóźniona jakieś 20min, bo czesanie się przedłużyło. Pani Paulina od razu zabrała mnie na fotel do malowania. Trochę kazałam jej rozjaśnić ten makijaż w stosunku do tego próbnego. Ze stresu oblizywałam wargi mimo, że kosmetyczka mi surowo tego zabroniła;) Później przestraszyłam się jak malowała mi rzęsy tuszem i wszystko odbiło mi się pod okiem. Trzeba było poprawiać. Ale końcowy efekt był wspaniały. Pomarańczowe powieki, w kącikach złoty połyskujący pył a na końcu powieki przyciemnione do brązu. Do moich rudych włosów pasowało idealnie. Podkład i róż na policzkach zwieńczyły dzieło i wszystko razem wyglądało elegancko, ale też w miarę naturalnie. 

Od kosmetyczki też odebrał mnie M. Zanim przyjechał wszystkie panie u kosmetyczki zdążyły się pozachwycać moją fryzurą i makijażem. Wróciłam do domu około 12.00. Wtedy przeraziłam się, że mam już bardzo mało czasu, bo ślub było 16.00 a M. miał przyjechać po mnie około 14.30. Mamy nie było w domu - pojechała z chłopakiem mojej siostry stroić kościół i samochód. W domu była tylko moja siostra i tata. Zrobiłam sobie kawę i kanapki, bo dziwnie szybko zgłodniałam. Zabrałam się za malowanie paznokci. W międzyczasie popijałam kawę, ale kanapek nie zjadłam, bo żołądek nie chciał za bardzo niczego wcisnąć. Niestety malowanie paznokci w ostatniej chwili było złym pomysłem, ale nie mogłam tego zrobić dzień wcześniej, bo jeszcze myłam naczynia i bałam się, że lakier odpryśnie. Pomalowałam jedną warstwę i przylepiłam srebrne cyrkonie. Jak na złość lakier nie chciał w ogóle schnąć. Kiedy wydawało mi się, że jest już suchy i zaczęłam coś brać do rąk, to cyrkonie się rozjechały i trzeba było poprawiać. Mimo poprawiania, już przed wyjściem z domu zauważyłam, że część kryształków jednak odpadła, ale wtedy już nie mogłam nic z tym zrobić. Na szczęście nie było to zbyt widoczne. 

W międzyczasie wróciła moja mama. Udekorowała kościół, ale samochodu nie zdążyła dokończyć i uznała, że skończy jak już auto podjedzie pod nasz dom. Jak tylko weszła do domu to zajęła się dekoracją wejścia i przytwierdzaniem białych kokard do balkonu. W tym czasie zadzwoniła moja świadkowa, która jechała z dosyć daleka, żeby powiedzieć, że niestety trochę się spóźni, bo coś im wypadło po drodze. Na szczęście dotarła jeszcze przed fotografami.
 
Około 14-tej przyjechali fotografowie - Basia i Olek. A tuż za nimi zobaczyłam na podjeździe M. i jego rodziców. Trochę się zestresowałam, bo M. miał przyjechać później, dopiero jak będą zrobione zdjęcia jak ja się ubieram. Ale na szczęście M. z rodzicami czekał cierpliwie przed domem, aż wszystko będzie gotowe. Myślałam, że zdjęcia przy ubieraniu będą bardziej pozowane, bo zdążę przebrać się wcześniej. Nic z tego. Jak przyjechała Basia z Olkiem miałam na sobie niebieską bluzkę, białe rajstopy i czarne krótkie spodenki, żeby łatwiej się było przebrać. Fotografie z zakładania sukni robiła Basia. Nikt nie miał za bardzo czasu, wszyscy gdzieś biegali, więc dobrze, że była moja świadkowa Agata, bo bez niej chyba nikt by mi nie pomógł się ubierać. Najpierw założyłam koło, później suknię. Chwilę zajęło nam odczepienie szlufek, na których suknia wisiała na wieszaku. Później Agata sznurowała mi suknię. Wszystko było robione dosyć szybko. Nie było pozowania do zdjęć, raczej wszystko na żywo, więc fotki na pewno wyjdą bardzo realistycznie i naturalnie. Na koniec było zakładanie podwiązki i butów. Szybka poprawa błyszczyka na ustach i byłam gotowa. Nawet nie wiem ile nam to zajęło. Wiem tylko, że kiedy ja byłam już gotowa, to wszyscy inni domownicy biegali zestresowani i wcale nie gotowi. Zwłaszcza moja mama była strasznie zakręcona. 

W końcu stanęłam na ganku, tuż przed drzwiami, żeby przywitać się z M. On w tym czasie stał z rodzicami na zewnątrz i też czekał. Basia wykadrowała sobie w tym czasie idealne ujęcie i światło. A my wciąż czekaliśmy, bo rodzina była niegotowa. W międzyczasie przyszła moja babcia, która mieszka niedaleko. Trochę pożartowała i to lekko rozluźniło napięcie. W pewnym momencie świadkowa zapytała o wykupiny. Nikt wcześniej o tym nie pomyślał. A Agata nie chciała odpuścić. Zapytała moich rodziców "to tak za darmo ją oddacie? tak nie może być". Moja mama wtedy zestresowała się jeszcze bardziej, bo ona nie wie, co trzeba robić. Nie wiem jak wykupiny dokładnie wyglądały, bo wszystko rozegrało się przed domem, a ja byłam w środku i nic nie słyszałam :P 

Wreszcie nastąpił moment przywitania. Ja wpięłam M. butonierkę, a M. wręczył mi bukiet. Był całus w policzek. Później błogosławieństwo. Mamy chyba ze stresu nie mogły za wiele z siebie wydusić. Pokropiły nas wodą święconą i dały krzyżyk do ucałowania. Ojcowie też niewiele powiedzieli. Za to pamiętam, że najbardziej głos załamał się mamie M. Jak usłyszałam, że ona prawie płacze to mi też napłynęły łzy do oczu, ale się powstrzymałam. Podczas błogosławieństwa mama i babcia dały mi po banknocie, żebym schowała go w dekold, bo to wróży szczęście i dostatek. Nie było wyjścia, musiałam wcisnąć 50zł w dekold ;) 

Później okazało się, że jest trochę za wcześnie, żeby wyjeżdżać do kościoła, więc czekaliśmy w salonie. Czas dłużył się niemiłosiernie. Pięć minut trwało całe wieki. W końcu nie mogłam już dłużej czekać i powiedziałam, że jedziemy. Pięknie przystrojony samochód czekał przed domem. Strasznie ciężko było mi do niego wsiąść. Koło od sukni sprawiało, że ledwo co się mieściłam na tylnim siedzeniu. Lekko też zabrudziłam suknię o próg, ale szybko pomogła mi z tym Agata. Razem z nami w samochodzie jechała Basia, nasz fotograf i robiła zdjęcia. Przemek (kierowca) zagadywał nas, bo miesiąc wcześniej sam miał ślub. Dzięki niemu atmosfera nie była taka nerwowa. Po drodze nie napotkaliśmy na żadne bramy, chyba po prostu za wcześnie wyjechaliśmy. Dzięki temu pod kościołem byliśmy jakieś 30min przed czasem. Ponieważ w środku trwał chrzest, ustawiliśmy się na dziedzińcu i czekaliśmy, witaliśmy gości, pozowaliśmy do zdjęć. Goście żartowali, że nie mogą nas spuścić z oczu, bo jeszcze uciekniemy. W końcu chrzest się skończył, goście weszli do kościoła...

Oczami Zakochanego:


Noc przed ślubem była prawie bezsenna. Z jednej strony nie stresowałem się tak mocno bo i tak zbyt mało czasu zostało by coś radykalnie poprawić w naszych przygotowaniach. Rozum jednak nie pozwolił zasnąć. Cały czas rozmyślałem jak to będzie i zadawałem sobie szereg kolejnych pytań. Czy właśnie tak sobie wymarzyliśmy nasz dzień? Czy jest to, aby na pewno dobry moment na ślub? Czy ślub jest jest niezbędny, by nasze przyszłe wspólne życie było jeszcze lepsze? Czy nie mogliśmy jeszcze przedłużyć okresu narzeczeństwa? Rozum podpowiadał, że od ślubu i podjętej rok temu decyzji nie ma już odwrotu. Te pytania, które krążyły w mojej głowie powodowały niepotrzebny sztuczny stres i tak już spotęgowany do granic możliwości przez ostatnie dni przygotowań przed ślubem. Dodatkowo pojawiły się u mnie problemy żołądkowe. Tak budząc się co chwilę doczekałem świtu. Pod znakiem zapytania była również pogoda. Wstaliśmy ok 7:00. Za oknem ujrzałem mokry parapet i mgłę. Padała lekka mżawka. W głowie miałem już wstępnie poukładany plan co mamy robić przez kolejne godziny, aż do momentu ślubu. Ponieważ zgodnie z tradycją nie mogłem zobaczyć wcześniej sukni ślubnej A., moje ubieranie do ślubu w domu teściów odpadało. Najlepszym rozwiązaniem z tej sytuacji było ubieranie się w wynajętym wcześniej pokoju hotelowym w miejscu wesela. Strój i niezbędne dodatki został czekały już na miejscu. W tym samym hotelu już od dwóch dni osobny pokój wynajmowali rodzice, którzy pomagali w przygotowaniach, a przy okazji mieli mi pomóc w ubieraniu.

Po zjedzeniu wspólnego śniadania wyjechaliśmy ok. 8 razem z A. do fryzjera. Ja miałem być szoferem ponieważ mama A i jej siostra były umówione do fryzjera i kosmetyczki trochę wcześniej. Po drodze do fryzjera odebraliśmy z kwiaciarni kwiat do upięcia we włosach A. Następnie odwiozłem przyszłą żonę do fryzjera i miałem czekać na telefon od niej aż wyjdzie od kosmetyczki i będzie ją można odwieźć z powrotem do domu. Zgodnie z planem miało to być ok  godziny 10:30. W tym czasie miałem zrobić ostatnie zakupy m in. kupić małe buteleczki wódki na konkursy weselne, odebrać bukiet weselny, napompować balony do zabawy dla dzieci, wykąpać się, ogolić i zwieźć ostatnie rzeczy do restauracji. Wszystko poszło prawie tak jak zakładaliśmy. Rożnica była taka, że w pierwotnym planie miałem odebrać zamówiony bukiet ślubny dopiero po dowiezieniu A. od fryzjera z powrotem do domu. Ponieważ jednak Panna Młoda spędziła więcej czasu u fryzjera i kosmetyczki niż zakładała wcześniej, rozsądnym rozwiązaniem było odebranie bukietu przed odwiezieniem jej do domu. Bukiet musiał być cały czas trzymany i nie mógł leżeć by się nie zniszczył. Dlatego do pomocy poprosiłem mojego tatę, który trzymał bukiet, gdy ja prowadziłem samochód.

Wybraliśmy wspólnie z A. bukiet dzień wcześniej. Bukiet był utrzymany w odcieniach pomarańczy, bieli i zieleni. Bukiet tworzyły pomarańczowe różyczki ozdobione sztucznymi cyrkoniami na końcach, młode frezje (jeszcze nie rozwinięte) uzupełnione jaskrawo zielonym santini. Bukiet miał kształt kuli i był przybrany od dołu liśćmi nazywanymi fachowo "niedźwiedzią trawą". Całość prezentowała się cudnie i bardzo żywo jak na wrzesień. Gdyby to Pan Młody miał mieć swój bukiet wybrałbym identyczny :) Dla świadkowej zamówiliśmy bukiecik mniejszych rozmiarów, ale utrzymany w podobnej kolorystyce - herbaciane róże i frezje. Z kolei na butonierkę wybraliśmy spreparowaną frezję. Umówiłem się z A. że odbiorę też bukiet dla świadkowej Agaty i ok 12:00 przekażę jej w hotelu by nie musiała szukać kwiaciarni w obcym mieście.

Zapłaciłem za bukiet i zawieźliśmy kwiaty do hotelu. Bukiet ślubny nie musiał mieć wody (miał ukryte fiolki z wodą wewnątrz) więc trafił tylko do pustego wazonu. Bukiet dla Agaty wstawiłem do wazonu. W między czasie odebrałem mamę od kosmetyczki. Była zadowolona z efektu makijażu. Rodziców zostawiłem w hotelu.

W tym czasie zadzwoniła, A. że jest gotowa i czeka na powrót do domu. Pojechałem błyskawicznie i odebrałem ją od kosmetyczki. Moja przyszła żona wyglądała cudnie. Fryzura aż tak bardzo mnie nie zaskoczyła bo widziałem próbną fryzurę tydzień wcześniej. Była jednak wykonana bardzo solidnie i nawet ja który zwracam uwagę na szczegóły, byłem zadowolony z efektu. Był to klasyczny kok. Za to makijaż to już pełne zaskoczenie. Z tego co wiem A. planowała cienie zielone, do których byłem sceptycznie nastawiony. Jej próbny makijaż był moim zdaniem średni, ale nie chciałem mocno manifestować. Natomiast końcowy efekt był olśniewający. Cienie delikatne, mocniejsza szminka , ładnie podkreślone oczy, które sprawiało wrażenie większych. Zielonych cieni nie zauważyłem, chyba nie było. Może to co widziałem to kwestia moich nerwów :) Jej twarz zrobiła się bardziej okrągła i A. wyglądała bardziej poważnie niż na co dzień.
Odwiozłem A. do domu i wróciłem autem do hotelu. Zegar wskazywał godzinę 12:30. Do ślubu pozostało zaledwie 3,5 godziny. Na 13:15 umówionego miałem fotografa do robienia reportażu z moich przygotowań.Jak już kiedyś wspominaliśmy w osobnej notce mieliśmy parę fotografów - Basię i Olka (polecamy). Poprosiłem ich żeby przyjechali już o 13:15 ponieważ spodziewaliśmy się kilku bram po drodze z kościoła, a przy odrobinie pecha mogliśmy się w rezultacie spóźnić na własny ślub. Lepiej dmuchać na zimne. 
Przed przyjazdem fotografów przywitałem przy okazji w korytarzu pierwszych gości, którzy zameldowali się w hotelu i wydałem bukiet świadkowej.
Fotografowie byli punktualnie. Zdjęcia do reportażu poszły sprawnie. Już z sesji narzeczeńskiej wiedziałem mniej więcej czego oczekuje fotograf. Miałem być naturalny i nie przejmować się obecnością obiektywu. Po kolei ubrałem koszulę, założyłem spinki do mankietów i buty. Przy  zakładaniu muchy pomogła mi mama (ciężko samemu dopasować idealnie długość zapięcia). Tu wyjaśnię, że nie chciałem zbytnio absorbować mojego świadka Andrzeja, który na tą okazję jechał samochodem z Warszawy. Stwierdziłem, że wystarczy jak godzinę przed ślubem będzie pod kościołem na podpisanie dokumentów. W zdjęciach zastąpili go moi rodzice, którzy i tak byli na miejscu już od 2 dni. Następnie założyłem marynarkę i pozowałem do kliku zdjęć. Było też przy okazji moje pamiątkowe zdjęcie z rodzicami. O 13:10 byłem już  gotowy do wyjazdu po A.

Odczekaliśmy jeszcze chwilę i pojechaliśmy wspólnie autem rodziców: ja, fotograf i rodzice. Auto miało ozdobną wstążeczkę na lusterkach. Drugi z fotografów pojechał kilka minut wcześniej do A. zacząć fotografować jej przygotowania. Po drodze cały czas rozmyślałem czy niczego nie zapomniałem i czy pas bezpieczeństwa nie pomnie koszuli. Dodatkowo fotograf Basia robiła zabawne zdjęcia po drodze. O 14:00 byliśmy już pod domem A. w jej rodzinnej miejscowości tuż pod Gorlicami. Pogoda jak na zamówienie zmieniła się: chmury się rozstąpiły, pojawiło się wymarzone słońce. Po porannej mgle i deszczu pozostało wspomnienie. Uciążliwy był tylko dość mocny wiatr. Jednak najważniejsze nasze życzenie pogodowe, czyli brak deszczu w czasie ślubu było już bliskie spełnienia :) 

Byłem coraz bardziej ciekawy jak moja przyszła żona wygląda. Nie mogłem jednak wejść do domu. Przygotowania wciąż trwały, a mój stres narastał. W drzwiach wejściowych, przewijała się kolejno świadkowa, teściowa, siostra A., moja mama, a nawet babcia A (nowoczesna i bardzo sympatyczna starsza Pani :) Podobno pojawiła się nawet A w sukni, ale nie starałem się nie patrzeć w stronę schodów i otwieranych drzwi. Dom był delikatnie przystrojony w kwietniki i kokardy. Baloników i przewieszonych prześcieradeł brak - wszystko zgodnie z zamysłem mamy A. Parking układany kostką do ostatniej chwili spełniał swoją rolę.

Na zewnątrz spędziłem grubo ponad 20 minut. Stres rozładowywałem rozmową z tatą i fotografem. W między czasie przyjechał kuzyn A. przystrojonym błękitnym BMW, który miał nas zawieźć do ślubu. Jest on świeżo upieczonym mężem więc podpytałem go przy okazji o kilka cennych wskazówek przed ceremonią ślubu i weselem. Chaos i wielkie wyczekiwanie, tak można określić w dwóch słowach to co się działo w ciągu kolejnych kilku minut. Mama A. kończyła w tym czasie przystrajać nasze auto (była twórczynią wszystkich dekoracji w kościele, na sali weselnej i na samochodzie). W końcu nastąpił moment kiedy mogłem ujrzeć Pannę Młodą. Zanim jednak otworzyła mi drzwi do domu, odbyły się symboliczne wykupiny zainicjowane przez świadkową Agatę. 
I w końcu stało się! W drzwiach pojawiła się moja ukochana w białej sukni z długim welonem. Suknia była na osadzona na tzw. kole co sprawiło, że prezentowała się jeszcze bardziej okazale. Suknia A. miała odsłonięte ramiona. Wszystko mi się podobało. Klasyka, blask i biel 0 to lubię! :)  Tak jak w moim  wyobrażeniu, a może to był też sen ;-). Taką właśnie chciałem ją w tym momencie zobaczyć i taką ujrzałem.

Wręczyłem jej piękny bukiet i skradłem symbolicznego całusa. Ona z kolei przypięła mi butonierkę do marynarki. Zapach frezji był tak intensywny, że nie odstępował mnie w czasie całej ceremonii ślubnej i na weselu. Po przywitaniu nastąpiło błogosławieństwo rodziców. Chcieliśmy by cały obrzęd był jak najbardziej prosty i symboliczny, czyli niezbędne minimum. Nie było drużby, orkiestry, nie było też wszystkich gości weselnych tylko jedynie najbliższa rodzina, świadkowa i fotografowie. Uklęknęliśmy całując symbolicznie krzyżyk. Przy błogosławieństwie, czego się spodziewałem, najbardziej rozczuliła się moja mama. Tak to jest jak się żeni swojego jedynego syna :) Ja i A. zachowaliśmy powagę. 

Później życzenia złożyła nam również babcia A. Moje babcie i moi dziadkowie niestety nie dożyli tej pięknej chwili, a szkoda. Później był czas na kilka pamiątkowych zdjęć, zabranie wszystkich potrzebnych przedmiotów oraz ustalenie kolejności wyjazdu aut. Do bagażnika auta trafiło kilka butelek wódki weselnej i cukierki na bramy. Nasze obawy okazały się przesadzone. Ponieważ wyjechaliśmy już niecałą godzinę przed ślubem w trasę do kościoła (ok 3 km) zaskoczyło to okolicznych sąsiadów. Po drodze nie było ani jednej bramy. Może to i lepiej. Niepotrzebny dodatkowy stres przed ślubem nie był wskazany. 

Asia miała bardzo długą suknie, a koło utrudniało jej wsiadanie i wysiadanie. Starałem się jej pomagać razem ze świadkową i szoferem, ale i tak było ciężko by nie dotknęła progu auta suknią.
Na parkingu przed kościołem w Kobylance byliśmy już 35 minut przed ceremonią. Pierwsi goście też byli już przed kościołem. Wewnątrz kościoła trwały jeszcze chrzciny. Każda nowa para witała się z nami, robiła nam pierwsze zdjęcia. W dalszym ciągu nie padało, ale wiatr był przenikliwy. Był to dobry prognostyk na resztę popołudnia :) Asia miała założone bolerko ale i tak stojąc przed kościołem marzliśmy. Pojawili się chwilę później nasi świadkowie. Wręczyliśmy im obrączki, kartki od spowiedzi i razem udali się na podpisanie protokołu na zakrystię. My czekaliśmy dalej na moment wejścia do kościoła. Już prawie wszyscy goście byli w środku...


Ciąg dalszy w kolejnej notce :) 

Zakochana i Zakochany 

piątek, 20 września 2013

1!

Dzisiaj było kwieciście. Prawie cały dzień zajęło nam dekorowanie kościoła, robienie kompozycji do sali, przygotowywanie kwiatów do dekoracji samochodu. Kompozycje wyszły piękne, słoneczniki będą się super prezentować :)
Jutro o 8.10 odbieram kwiatka do włosów, jadę do fryzjerki na czesanie a później do kosmetyczki na makijaż. Jak wrócę to muszę jeszcze sobie pomalować paznokcie. Co jeszcze? Nie mam pojęcia, wszystko wyjdzie "w praniu".
Sprawdzałam pogodę - ma być słonecznie z przelotnymi opadami. Może się uda żeby zaświeciło nam słoneczko :) 
W powietrzu czuć nerwową atmosferę. Nawet M. który jest zwykle opanowany irytuje się i złości co chwila. Masi rodzice też wyglądają na spiętych. Myślę, że emocje opadną dopiero po pierwszym tańcu. 
Już jutro wszystko się zmieni. Już nie będziemy narzeczonymi tylko małżeństwem. Ciekawe jak to będzie... 
Zakochana

środa, 18 września 2013

3...

Dzisiejszy dzień upłynął mi pod znakiem tysiąca prac w domu. Dopiero późnym wieczorem udało się naprawić hydrofor (to była jednak wina hydrofora a nie braku wody). Woda jest teraz potrzebna bardziej niż kiedykolwiek, bo jest jeszcze sporo sprzątania.
Byłam u kosmetyczki. Nałożyła mi peeleing kwasowy, jakieś serum wprowadzane ultradzwiękami i maseczkę, a na koniec zrobiła makijaż. Z początku mi się podobał, a teraz nie wiem czy nie jest zbyt ciemny, jest w odcieniach czekoladowego brązu i pomarańczu. Może jednak poproszę o nieco jaśniejszy...
M. przywiózł rodziców z Krakowa. Zakwaterowali się w hoteliku przy restauracji. Może jutro przyjadą tu do domu, bo jeszcze kilka spraw jest do ustalenia.  
Próbowałam z siostrą rozmieścić gości przy stołach. Ogólnie masakra. Ze stołem dla naszych znajomych (stołem dla młodzieży) nie było zbyt dużego problemu, ale już rozsadzanie ciotek okazało się nie lada wyzwaniem. Poza tym są jeszcze niuanse o których trzeba pamiętać np. to że babcia nie może siedzieć tyłem do parkietu, bo lubi obserwować, a tańczyć raczej nie będzie. Ale już mam zarys tego kto gdzie siedzi. Myślę, że jeśli coś zmienię to nieznacznie.
Jutro kolejny zabiegany dzień. Trzymajcie kciuki, żeby wszystko poszło zgodnie z planem :)  
Zakochana

wtorek, 17 września 2013

4...

Zostały tylko cztery dni! A problemów do rozwiazania jeszcze mnóstwo. Ostatnie dni spędziliśmy na wybieraniu różnych dekoracji i na sprzątaniu. Od soboty jesteśmy już w Gorlicach i staramy się ogarnąć mój dom i ogród.
Bukiet ślubny został wybrany, będzie bardziej przypominał ten pierwszy bukiet z poprzedniego posta, ale został trochę zmodyfikowany. Mam nadzieję, że fajnie wyjdzie :) Mamy już zrobione zawieszki na butelki (są w kształcie sukni ślubnej) oraz winietki na stoły. Teraz musimy pomyśleć gdzie kogo usadzić, żeby wszyscy byli zadowoleni. Planujemy wszystkich naszych znajomych posadzić przy jednym długim stole, aby lepiej się integrowali.
Dom jest już prawie posprzątany, chociaż moja mama szaleje na tym punkcie i nie może minuty usiedzieć, żeby czegoś nie sprzątać. Oczywiście uważa, że nie zdąrzymy ze wszystkim. Pojawił się niestety problem - od wczoraj nie mamy wody. Nie ma u nas wodociągów, jest tylko studnia. Okazało sie, że lato w tym roku było na tyle suche, że niestety brakło wody. I to w takim momencie! Tata już próbuje coś zaradzić, więc może jutro się uda (zwłaszcza, że już 1,5 dnia pada deszcz). 
Jeśli chodzi o pierwszy taniec to ćwiczyliśmy trochę z M. ale moim zdaniem to jeszcze za mało. Na razie nie czujemy się w pełni swobodnie w tym tańcu. Trzeba będzie jeszcze potrenować.  
Spotkaliśmy się też z DJ i ustaliliśmy zabawy weselne. Będzie fajnie, ale nie chcemy żeby zabawy były sprośne (co zdarza się na wielu weselach), więc u nas takich nie będzie. DJ zrobi też specjalną wstawkę muzyczną, żebyśmy mogli podziękować rodzicom (prezenty już zapakowane). A jeśli pogoda dopisze to po podziękowaniu będziemy puszczać chińskie lampiony. 
Jutro przyjeżdżają rodzice M. Będą tu aż do wesela, więc też trochę pomogą w przygotowaniach. A ja jutro wybieram się do kosmetyczki, żeby ustalić makijaż. Coraz więcej rzeczy jest załatwionych, chociaż z drugiej strony coraz mniej czasu. 
Pogoda za oknem nie wygląda zachęcająco... Mam nadzieję, że w sobotę nie będzie padało. 
Zakochana

poniedziałek, 29 lipca 2013

Przygotowań ślubnych ciąg dalszy...

Do naszego ślubu i wesela zostały już niecałe dwa miesiące. Im bliżej daty 21 września tym mamy większe wątpliwości czy zdążymy wszystko załatwić na czas i przygotować uroczystości takie jak sobie wyobraziliśmy. Prawie cały wolny czas w ostatnim tygodniu poświęciliśmy na rozwożenie kolejnych zaproszeń. Duża część z zaproszonych nie widuje się z nami na co dzień dlatego każde takie odwiedziny z zaproszeniem kończą się wypiciem kawy lub piwa i długimi opowieściami na temat przygotowań do ślubu i ostatnich zmian w życiu naszym życiu (zmiana pracy A., przeprowadzka do nowego mieszkania). Pozostało już tylko kilka osób do zaproszenia, które są uprzedzone że ich odwiedzimy zaproszeniem. Są to jednak dalsze wyprawy za Kraków dlatego te wyjazdy zostawiliśmy na koniec. Szkoda tylko, że ślubu nie doczekał mój dziadek który zmarł nagle w chorobie tydzień temu. Sytuacja się skomplikowała, ale zgon nastąpił na tyle odlegle od daty naszego ślubu, że nie musimy przekładać daty i nic odwoływać. Znając dziadka jestem pewien, że by powiedział: "nie można odwołać ślubu. Bierz A. za żonę bo długo na tą chwilę czekałem :)".

Weekend poświęciliśmy w większości na przygotowania duchowe tzn uczestnictwo w tzw. dniu skupienia w Gorlicach oraz pierwszej spowiedzi. Jeszcze przed naszym wyjazdem w piątek A. była wściekła bo okazało się po telefonie do parafii gdzie mieliśmy mieć dni skupienia, że właśnie teraz od sierpnia zmienia się formuła dnia skupienia i zamiast 1 dnia będzie to cykl 3 niedziel przez 3 kolejne miesiące. Zmiany wprowadzają same parafie i nie są one standardem w kościele w Bochni to w dalszym ciągu jest  1 dzień, ale w inną niedzielę. W Gorlicach, czyli najbliżej rodzinnego domu mojej narzeczonej, będą to już 3 spotkania. Nasze przygotowani i ślub stanęły wtedy pod znakiem zapytania. Bo jak mamy odbyć dzień skupienia w 3 kolejne miesiące, gdy nasz ślub jest za mniej niż 2 miesiące. Na miejscu okazało się ,że nie jest tak strasznie. spotkania są faktycznie 3 ale dla tych którzy nie odbyli kursu przygotowawczego. Dla nas wystarczyła niedzielna msza oraz katecheza pani z poradni. Tematyka katechezy powieliła się z tym co już usłyszeliśmy na kursie kilka miesięcy temu i nie trwała bardzo długo. Po dwóch godzinach mieliśmy już wbitą pieczątkę odbycia dnia skupienia i mogliśmy świętować niedzielne popołudnie na lodach.
Spowiedź też przebiegła sprawnie. Obydwoje dostaliśmy rozgrzeszenie i obyło się bez szczegółowych pytań o nasze życie codzienne. Została nam jeszcze jedna spowiedź na wrzesień, ale to już powinna być formalność.

Z kolei sobotnie popołudnie poświęciliśmy na prace porządkowe przy domu. Jeszcze sporo zostało do zrobienia, ale budowany parking przy domu specjalnie na nasz ślub nabiera powoli kształtów. A.natomiast dekorowała w tym czasie świece na nasze wesele. Chcemy by na każdym stoliku była biała świeca umieszczona w słoju dekorowana wstążką i kawałkami koronek. Dzięki temu nasze wesele będzie jeszcze bardziej wyjątkowe i przyjazne dla zaproszonych gości. Musimy jeszcze dokupić wstążki ana słoiki. Na zdjęciu pod notką możecie zobaczyć jak się to będzie prezentowało. Koszt nie wielki, a efekt końcowy będzie ciekawy. Mamy już też zarezerwowany samochód na ślub. Zawiezie nas kuzyn A. swoim BMW. Auto może nie jest może prosto z fabryki, ale na tyle duże i zadbane, że dobrze się prezentuje i A. zmieści się bez problemu w sukni.

Cele na kolejne dni to rozwieźć ostatnie zaproszenia, odbyć sesję narzeczeńską z fotografem i spisać dokumenty w USC.

A na koniec prezentujemy w całej okazałości nasze obrączki ślubne. Podobają się wam?






Zakochany