Pokazywanie postów oznaczonych etykietą spacer. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą spacer. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 15 lutego 2015

Walentynki

Jak ten czas szybko biegnie do przodu... Pięć lat temu w Walentynki mój poprzedni związek już przygasał, a przez moją głowę przewijały się myśli, że chyba już na zawsze zostanę singlem. Nawet w najbardziej optymistycznej wersji przyszłych wydarzeń nie podejrzewałbym, że prawdziwa miłość jest dopiero przede mną. Z roku na rok utwierdzam się coraz bardziej w przekonaniu, że nasz związek jest bardzo dopasowany, a moja żona to ta Jedyna osoba, którą chciałem spotkać na swojej drodze. Nie zamierzam się przechwalać i nie koloruję nadmiernie rzeczywistości. Widzę to po licznych sytuacjach z codziennego życia, gdzie jesteśmy bardzo zgodni. Bardzo często zdarza się, że z pośród licznych przedmiotów tego samego rodzaju wybieramy ten sam bez wcześniejszej konsultacji lub planując zrobić niespodziankę myślimy identycznie. Czy Wam też się tak zdarza? Jeśli tak, to czy myślicie, że to przypadek losu? Są oczywiście drobne różnice w naszych gustach wynikające z postrzegania świata przez kobietę i mężczyznę. Ja dokonuję większości wyborów według kryterium praktyczności, z kolei moja żona bardziej zwraca uwagę na estetykę i sferę emocjonalną.

Nie przywiązuje dużej wagi do 14 lutego. To święto kojarzy mi się tylko z komercyjną jego stroną. Czekoladki kupuję żonie na bieżąco, a kwiaty zupełnie bez okazji. Wychodzę też z założenia, że kocha się cały rok, a nie tylko od święta. Jesteśmy już dużo ponad rok po ślubie, a dalej nasze uczucie jest bardzo mocne. Dlatego Walentynki to dla mnie tylko pretekst do podziękowania mojej żonie za udane małżeństwo i spędzenia tego dnia wspólnie tylko we dwoje z dala od rodziny, znajomych i codziennych problemów.   

Pewnie zaskoczę większość czytających tą notkę i nie pochwalę się recenzją filmu p.t. 5o twarzy Greya. Walentynki spędziliśmy z dala od kina i galerii handlowych. Wybrałem bardziej tradycyjną formę i zaprosiłem żonę na kolację połączoną z wcześniejszym spacerem. Miałem sprawdzoną restaurację na krakowskim Kazimierzu, w której A. nigdy nie była. Zarezerwowałem stolik z tygodniowym wyprzedzeniem. Nie pomyślcie, że to brak spontaniczności. Po prostu z doświadczenia, wiem że spontaniczne wyjścia wieczorem w Walentynki do dobrych restauracji bez wcześniejszej rezerwacji kończą się prawie zawsze niepowodzeniem. Rezerwacja nic nie kosztuje, a pozwala zawsze oszczędzić nerwów i zaplanować ten wyjątkowy dzień tak jak sobie tego wymarzycie. 

Pogoda w sobotę była wręcz wiosenna i idealna do spaceru. Dzięki temu mogłem założyć lekki płaszcz i wybrać lżejsze buty. Założyłem też nową koszulę, którą pomagała mi wybrać w sklepie moja żona - dobrze wiem co się jej podoba :)) Wyszliśmy dużo wcześniej by wykorzystać w pełni słoneczne popołudnie. Nasza trasa spaceru prowadziła wzdłuż bulwarów wiślanych, a następnie zakamarkami uliczek Kazimierza. Po drodze mijaliśmy liczne zakochane pary. Jedni siedzieli tylko na ławkach lub nad brzegiem Wisły, a inni spacerowali trzymając się mocno za ręce. Patrząc na te wszystkie zakochane pary jeszcze bardziej docenia się to, że jest ktoś obok z kim można dzielić swój wolny czas. Kilka lat temu będąc stanu wolnego raczej omijałem bulwary wiślane w słoneczne weekendy. Widok zakochanych par jest bardzo przytłaczający dla osoby, która nie ma swojej drugiej połówki. Przed kolacją odwiedziliśmy też Plac Nowy na którym w sobotę były targi hand made i staroci. Czasami bywamy wspólnie na podobnych imprezach podpatrzeć jakie są nowe trendy w wyposażeniu mieszkań lub biżuterii. Na pewno jest to lepsza forma zakupów niż wizyta w centrum handlowym czy na rynku. Takie targi w połączeniu z Kazimierzem mają swój niepowtarzalny klimat. Było kilka ciekawych przedmiotów, ale ani jeden nie przyciągnął uwagi mojej żony tak mocno by chciała go kupić. 

Następnie wolnym krokiem udaliśmy się do restauracji "Warsztat" przy ul. Bożego Ciała. Nazwa zwyczajna, ale to tylko kamuflaż prawdziwej uczty dla podniebienia. W przedsionku czekała kolejka gości w oczekiwaniu na stolik. Nam z rezerwacją udało się zaoszczędzić czekania 30 minut na wolne miejsca. Na sali panował półmrok, idealny dla romantycznej kolacji. Lokal specjalizuje się w kuchni włoskiej. Jeśli miałbym w jednym zdaniu zareklamować to miejsce napisałbym: ogromne porcje dobrego jedzenia w przystępnej cenie. Godziwe porcje przekładają się na zadowolenie klientów, którzy później wracają w to miejsce.

Wnętrze Restauracji Warsztat jest skromne ale bardzo przytulne.

A. wybrała spaghetti Tai Pan z kurczakiem, papryką, pieczarkami, cukinią i curry. Ja wybrałem penne della casa z kurczakiem, suszonymi pomidorami, cukinią, brokułami i parmezanem. Na lepsze trawienie zamówiliśmy po butelce Żywca Porter, które moje żona bardzo lubi (dla niewtajemniczonych porter to ciemne, mocne piwo). Potrawa A. była bardziej aromatyczna i jak dla mnie bardzo orientalna w smaku. Porcje były podane w głębokich talerzach dlatego bez problemu mogliśmy się zamienić talerzami w połowie posiłku i porównać nasze smaki. Kolacja w tym miejscu udała się w 100% za co podziękowaliśmy napiwkiem. Cały czas w środku wszystkie stoliki były zajęte co nie dziwi z uwagi na Walentynki i dobrą lokalizację restauracji. Dziwne są natomiast zmiany kulturowe. Zaobserwowaliśmy jedną parę, która spotkała się w tym miejscu i oczekując na posiłek nie potrafi ze sobą przeprowadzić dłuższej rozmowy . Siedząc na przeciwko zarówno kobieta jak i jej wybranek wybrali zabawę telefonem lub pisanie sms-ów w milczeniu niż rozmowę na dowolny temat. Stwierdzam, jak pewnie większość z osób urodzona jeszcze w latach 80-tych, że rozwój technologii i media społecznościowe zabijają to co najlepsze w związku czyli poznawanie drugiej osoby i rozmowę. Romantyczność w takiej chwili również umiera.

Muszę też wspomnieć, że moja żona zrobiła mi niespodziankę. Zawsze dba o to by nasz związek nie był monotonny i żebym się czuł przy niej szczęśliwy. Tym razem w prezencie walentynkowym dostałem od niej niewielką kopertę a niej kilkanaście ręcznie robionych kart z kuponami. Każdy z nich upoważnia posiadacza (czyli mnie:) do innego prezentu takiego jak np: śniadania do łóżka, wieczoru filmowego, wspólnej kąpieli, masażu, czekoladowych muffinek, a nawet zimnego piwa. Kart jest sporo i nie zawaham się ich użyć :)) Kilka z nich podaruję mojej żonie, żeby mi się w głowie nie przewróciło od nadmiaru szczęścia. 

Walentynkowy prezent od żony - w mojej talii kart jest też "as" z napisem niespodzianka :)

Gdy wyszliśmy z restauracji było już ciemno. W drogę powrotną udaliśmy się tramwajem by zaoszczędzić trochę czasu. W lodówce czekała na nas bowiem butelka białego wina i wspólny wieczór przy kultowym serialu Prison Break. 

A Wy jak spędziliście Walentynki?

Zakochany

czwartek, 6 lutego 2014

Restauracja Morela

Dni w nowym roku biegną tak szybko, że być może za chwilę zawita do nas wyczekiwana wiosna. Puki co mamy jeszcze zimę i nawet przy mroźnej aurze staramy się spędzać część czasu na wspólnych spacerach. Tak też było w ostatnio, gdy razem z moją żoną wybraliśmy się w poszukiwaniu nowego miejsca na wypicie kawy w niedzielne przedpołudnie. Sporo tych miejsc już zwiedziliśmy, ale im było bliżej ślubu, tym tych wyjść stawało się coraz mniej. Moją decyzję o wspólnym wypiciu kawy gdzieś na mieście przyspieszyła sugestia mojej Zakochanej z ostatniej notki na naszym blogu.
Bazując na opiniach w internecie zdecydowałem, że wybierzemy się do Restauracji Morena przy ul Stolarskiej. Jest to właściwie restauracja (przynajmniej z nazwy), ale oferuje w swoim menu spory wybór kaw i deserów. Uważam że był to trafny wybór. Pomimo bliskiego położenia od Rynku i ul Grodzkiej, wewnątrz było mało klientów, dzięki czemu można było swobodnie rozmawiać i zaszyć się w swoim kąciku. Poszczególne stoliki są oddzielone drewnianymi parawanami z sztuczną roślinnością.

Restauracja Morela przy ul. Stolarskiej w Krakowie.
Wystrój restauracji jest bardzo przytulny i pełen klimatu.
Miejsce dla obserwatorów. Można siedzieć, pić kawę i obserwować życie ulicy w centrum Krakowa.
Wystrój jest nowoczesny, ale elementy dekoracji sal, oświetlenie punktowe i cicha muzyka w tle sprawia, że miło się tam spędza wolny czas. Ceny w menu są także rozsądne. Można bez problemu zjeść danie mięsne już za 20-22 zł lub wypić kawę za 6 zł.
Ja wypiłem standardowo małą czarną. A. skusiła się na gorącą włoską czekoladę. Wydaje mi się, że jej smak był nawet lepszy niż smak gorącej czekolady z Wedla. Polecamy restaurację Morena jako miejsce wypicie kawy, piwa w czasie spaceru po centrum Krakowa lub choćby na obiad. Z pewnością tam jeszcze wrócimy. 

Ulica Stolarska, a w głębi Mały Rynek. To tu znajdziecie sporo ambasad i pubów z przewodników po Krakowie.
W naszym codziennym życiu też małe zmiany. A. przez ostatni tydzień wraca normalnie do domu i nie zostaje na przymusowych nadgodzinach. Dzięki temu spędzamy praktycznie całe wieczory znów razem i dzielimy się równo obowiązkami domowymi. Udało się też w końcu połączyć rachunek bankowy (część z was pewnie powie, że to ryzykowne posunięcie by oddawać pod kontrolę żony wszystkie oszczędności i całą wypłatę). Obydwoje jesteśmy rozsądnymi ludźmi, a ta zmiana może tylko procentować z korzyścią dla naszego małżeństwa. W najbliższym czasie chcielibyśmy też stworzyć foto książkę z naszego ślubu i wesela. Zgromadziliśmy wszystkie zdjęcia od fotografów w ogromnej ilości (ponad 1000 sztuk), a nasze mamy naciskają na nas, że chciały by w końcu zobaczyć piękny album ślubny. Do tego potrzeba jednak sporo wolnego czasu i pracy. Efektem ma być 80 stron albumu formatu A4 w poziomie stworzonego w całości przez nas.

Styczeń zakończył się jak co roku dużymi wydatkami. Na ten miesiąc przypadło ubezpieczenie auta, jego przegląd oraz wymiana filtrów i olejów. Odwiedziła nas na kilka dni także siostra A., która zaczęła ferie. Chociaż mieszkamy od kilku lat w Krakowie, siostry są dalej bardzo zżyte ze sobą i mają świetny kontakt. Oby tak było zawsze.

PS. Zbliżają się Walentynki. Obchodzicie to święto czy jesteście przeciwnikami celebrowania tego dnia? Podzielcie się Waszymi opiniami w komentarzu.

Zakochany

niedziela, 2 czerwca 2013

Kino plenerowe pod Wawelem

Jesteśmy parą już prawie 3 lata, a do naszego ślubu pozostało ledwie ponad 100 dni.
Spędzamy wspólnie praktycznie każdą wolną chwilę, nie licząc weekendów, gdy A. jeździ odwiedzić rodziców i siostrę. Chociaż powoli w nasze życie wdziera się monotonia praca-dom-praca staramy się z tą monotonią dzielnie walczyć i uczestniczyć w ciekawych wydarzeniach organizowanych w naszym mieście.
W piątek nadarzyła się ku temu kolejna okazja. Chciałem zaproponować A. wieczorny spacer starym miastem jak za czasów, gdy dopiero poznawaliśmy się. Gdy zaproponowałem wieczorne wyjście A. powiedziała, że ma swój pomysł na nasze wieczorne wyjście i będzie to niespodzianka. Poszliśmy dobrze znaną trasą Karmelicka, następnie plantami koło UJ w kierunku Wawelu. Sądziłem, że wybierzemy się na piwo lub kawę gdzieś do jednego z licznych ogródków na Starym Mieście. Jednak myliłem się.

Dopiero gdy zbliżaliśmy się do Wawelu A. zdradziła swoje zamiary :) Dotarliśmy na plac tuż przy Centrum Obsługi Ruchu Turystycznego tuż obok Bulwarów Wiślanych (kto był choć raz na wycieczce w Krakowie zna to miejsce). Na tle Wawelu ustawiony był sporej wielkości ekran, a na placu ustawione kilkaset krzeseł. Późna godzina wieczorna, oświetlony Wawel w tle, kino oraz my to idealna kompozycja na udaną randkę :)
Kino plenerowe to część Krakowskiego Festiwalu Filmowego organizowanego co roku pod Wawelem. W ramach tej części Festiwalu przez 4 kolejne dni wyświetlano filmy biograficzne i reportaże muzyczne. Wstęp był bezpłatny. Repertuar dobierał znawca historii muzyki i dziennikarz Piotr Metz, który tytułem wstępu opowiedział kilka słów o prezentowanym filmie.

Ekran z widokiem na Wawel - świetny pomysł.
Kino plenerowe w ramach 53. Krakowskiego Festiwalu Filmowego.

W piątek o 22:00 obejrzeliśmy film w reż. Martin Scorsese pt "Bez stałego adresu. Bob Dylan". Był to typowo biograficzny film, gdzie wspomnienia Boba Dylana przeplatały się z archiwalnymi fragmentami jego koncertów i występów innych gwiazd muzyki z USA z okresu lat 1960-1980.
Film oglądało się bardzo przyjemnie. Nie brakowało też fragmentów humorystycznych. Widownia dopisała, praktycznie wszystkie miejsca były zajęte. Szkoda tylko, że było dość zimno, dlatego nie wytrzymaliśmy z A. pełnych 120 minut filmu.

Podsumowując pomysł na piątkowy wieczór był bardzo udany. Również organizatorom festiwalu należą się słowa pochwały, że i dla kina w plenerze, w tak magicznym miejscu jak Wawel, znalazło się miejsce w programie festiwalu. Myślę że z roku na rok ta impreza będzie się cieszyć coraz większą popularności.

Zakochany

poniedziałek, 15 października 2012

Sveti Stefan - perełka XV wiecznej architektury

Nasza miejscowość, w której spędziliśmy 10 fantastycznych dni naszych wakacji położona jest w samym sercu wybrzeża Czarnogóry i jej największych nadmorskich atrakcji turystycznych. Do takich atrakcji z pewnością można zaliczyć uroczą wysypkę Sveti Stefan, miasteczko Budva - jedno z najpiękniejszych i najstarszych miejscowości nad Adriatykiem oraz Kotor położony nad zatoką wpisany na listę dziedzictwa Unesco.

Już w drugim dniu naszego pobytu wybraliśmy się z A. na wspólny spacer wzdłuż wybrzeża w kierunku miasta Bar. Naszym celem spaceru była znana z wszystkich turystycznych folderów Czarnogóry - wyspa Sveti Stefan (Św. Stefan). Wyspa to za dużo powiedziane bo to raczej wysepka otoczona murem obronnym na której znajduje się kilka budynków i niewielka kaplica. Początkowo droga prowadziła piaszczystą plażą, ale później musieliśmy trochę odbić od linii morza by ominąć skalisty klif. Całe wybrzeże Czarnogóry to podobnie jak w Chorwacji: liczne urokliwe zatoczki skałki, klify i dużo roślinności śródziemnomorskiej typu makia. Po drodze minęliśmy malowniczą osadę Milocer przy której mieści się kilka ekslusywnych pensjonatów oraz jedyny w okolicy hotel z kasynem. Później skrótem przeszliśmy

przez dawny park przy rezydencji letniskowej należącej do rodziny królewskiej Karadorevic, w którym przez kilkadziesiąt lat sprowadzano egzotyczne rośliny i drzewa z całego świata takie jak libański cedr, tropikalna mimosa, niesplik japoński, kaktusy, agawy. Park przylega do dawnej letniej rezydencji która od kilkunastu lat funkcjonuje jako luksusowy hotel dla wybranych. Jeśli ktoś ma trochę wolnej gotówki, lubi spokój i czystą plaże położoną w malutkiej zatoczce z dala od tłumów to miejsce idealne do niego. Koszt dziennego plażowania w sąsiedztwie ogrodu to kosmiczne 75 euro za dwa leżaki i parasol.


Plaża w Milocer z minaturową skalistą wysepką przy brzegu.
Plaża królowej...prawie jak w Raju. Też chcecie tam teraz być?
Widok na letnią rezydencję rodu Karadorevic. W tle strome wzgórza otaczające Budvańską Rivierę

Od plaży królowej jest już bliziutko do wyspy Sveti Stefan. To piękna wysepka z licznymi zabudowaniami pochodzącymi nawet z XV wieku otoczona murem. Wyspę ze stałym lądem łączy jedynie niewielki wąski kamienny most. Początkowo wyspa pełniła schronienie dla piratów, później była zamieszkiwana przez 12 bogatych rodzin kupieckich. Od kilku lat pełni funkcję najbardziej ekslusywnego hotelu w Czarnogórze o najwyższym standardzie. Jest miejscem lubianym przez światowych celebrytów. Odwiedzili ją w przeszłości m. in. Sofia Loren, Claudia Schiffer i Sylwester Stallone.

Ogród królewski - tu można naprawdę zapomnieć o wszystkich problemach i napawać się piękną przyrodą.
Widok na wyspę Sveti Stefan od strony Milocer.

Od kilku lat wstęp na teren wyspy mają tylko goście hotelowi, a wszyscy turyści podziwiają ją od strony plaży lub ze stateczków wycieczkowych i przycumowanych w zatoczce jachtów. Na tle błękitnego morza, malowniczych skał, piaszczystej plaży i kilkusetletnich zabudowań z charakterystyczną czerwoną dachówką to miejsce jest przepiękne i nie można go ominąć będąc w Czarnogórze.

Zakochany

piątek, 23 marca 2012

Wiosenny spacer i kino

W ostatni weekend postanowiliśmy wybrać się do kina. M. miał dla nas darmowe bilety, więc pozostało tylko wybrać film. Zgodnie uznaliśmy, że trzeba zobaczyć dzieło Agnieszki Holland "W ciemności", które uzyskało nominację do Oscara. Wybraliśmy się do kina w Bonarce. Mimo, że jest to ogromne kino, sala w której odbywał się pokaz była malutka. I to był atut, ponieważ na seans przyszło tylko kilka osób i nie było wszędobylskiego szeleszczenia popcornem. 

"W ciemności" opowiada o historii lwowskich Żydów, którzy podczas likwidacji getta ukrywają się w kanałach aby przeżyć. Pomaga im główny bohater, który niejednokrotnie ryzykuje życie, aby ocalić garstkę osób. Początkowo robi to wyłącznie dla pieniędzy, ale później przywiązuje się do Żydów i pomaga im za darmo. Film ukazuje jak ciężkie warunki musieli znieść ci ludzie - zimno, głód, nieczystości kanałów, choroby, ale również zwątpienie w dobre intencje współtowarzyszy. 
W mojej ocenie film jest dobrze zrobiony, dobrze zagrali aktorzy, zrobiono dobry scenariusz, dobre zdjęcia. Jednak zabrakło mi ciężkiego do uchwycenia pierwiastka, który powodowałby, że film naprawdę wzrusza i powoduje u oglądającego nerwy i przejęcie. Ja tego nie odczułam. Mimo to uważam, że warto go zobaczyć. 

Niedziela minęła nam z kolei na korzystaniu z uroków wiosny. Prawie 20 stopni na zewnątrz zachęcało do spacerowania. W związku z tym przeszliśmy Szewską na Rynek, a później Grodzką pod Wawel i dalej poszliśmy na spacer nad Wisłą. Bardzo dużo mieszkańców Krakowa również poczuło powiew wiosny, bo na bulwarach znajdowało się sporo osób, część nawet opalało się. Wróciliśmy tą samą trasą i zjedliśmy obiad. Tym razem jednak obiad był wyjątkowy, bo to M. go ugotował :) Zjedliśmy kotlety drobiowe nadziewane szynką, żółtym serem, pietruszką i pomidorem, a to wszystko obtoczone w panierce. Były pyszne i mam nadzieję, że Mój Ukochany nie poprzestanie na tym ;) 

Nowy oryginalny pomysł na zarobek na Rynku. Cud, ta Pani lewituje w powietrzu  :))
Bulwar pod Wawelem. Tłumy spacerowiczów wyruszyły w poszukiwaniu wiosny,
Przyroda budzi się do życia. Ptaki na Wiśle w pobliżu klasztoru na Skałce.
Zakochana

poniedziałek, 4 kwietnia 2011

Kraków na wiosnę

Ostatni weekend spędziliśmy intensywnie. W piątek, zupełnie przez przypadek trafiliśmy na wieczór disco polo w cafe Morena. Wszystko byłoby ok gdyby nie to, że muzyka była dość głośno i przeszkadzała nam w rozmowie. Za to przypomnieliśmy sobie przeboje disco sprzed ładnych kilku lat. Do tego wypiliśmy yerba mate i zjedliśmy szarlotkę. Na koniec M. dostał od kelnerki mydełko Fa ;)
W sobotę był spacer od „głowy” na rynku aż na Wawel. Pierwsze prawdziwie wiosenne dni skusiły mnie do założenia wysokich obcasów, co było błędem,  ponieważ spacer był dość długi a płytki na chodnikach niesamowicie nierówne. Na Wawelu było dość tłumnie, ze względu na przypiekające słońce i wolny dzień. Z murów obserwowaliśmy Wisłę i smoka, który co jakiś czas zionął ogniem przy wtórze pisków dzieci. 
  

Na koniec postanowiliśmy sprawdzić jak się sprawuje niedawno wybudowane Centrum Obsługi Ruchu Turystycznego. Niestety budowla (charakterystyczny szklany dach nieopodal Wawelu) niezbyt pasuje do otoczenia, a i turystów nie było tam zbyt wielu. Być może w sezonie będzie lepiej spełniać swoje funkcje.  
Niedziela minęła na długim spacerze. Zaczęliśmy na moście Grunwaldzkim. Idąc wzdłuż Wisły doszliśmy ulicą Tyniecką aż za most Zwierzyniecki, gdzie przecięliśmy szosę i skręciliśmy w lewo w las. Nie miałam pojęcia gdzie M. mnie ciągnie, ale okazało się, że jest to Park Przyrody Skały Twardowskiego. Miejsce okazało się urokliwe, położone między drzewami i skałami polanki zachęcały aby się na nich położyć i zapomnieć o całym świecie. O dziwo miejsce nie było całkiem odludne, ale sporo osób spacerowało z psami. 

  

Kolejnym punktem spaceru był, znajdujący się niedaleko skałek, zalew Zakrzówek. W tak piękną pogodę i tam było sporo ludzi, nie tylko spacerowiczów, ale i amatorów wspinaczki. 

  

Znad zalewu powędrowaliśmy do parku Dębnickiego i po krótkim odpoczynku dalej, z powrotem nad Wisłę, aż do Mangghi. Tam na tarasie z widokiem na Wawel wypiliśmy kawę.  Weekend był intensywny i ciekawy. Jak zwykle M. nie dał mi się nudzić. Fajnie, że On się tak stara i że pogoda mu w tym pomaga ;) 

Zakochana

poniedziałek, 15 listopada 2010

Weekend i niespodzianka na zakończenie

Kolejny weekend już za nami. Pogoda przez całą sobotę i niedzielę dopisała. Na moim termometrze wczoraj było 18 stopni na plusie. Taka pogoda bardziej pasuje do pierwszych oznak wiosny niż do zbliżającej się srogiej zimy. Ponieważ A. nie było w Krakowie czas spędziłem z rodziną i znajomymi. Rano odwiedziła mnie siostra razem z maluchami (siostrzeńcami Matuszkiem - 1,5 roku i Markiem - 3 m-ce). Z kolei po południu (a właściwie już wieczorem) spotkałem się z grupką znajomych poznanych 2 lata temu na wakacjach. Widujemy się cyklicznie, średnio co pół roku. Przy kawie i piwku powspominaliśmy wspólne chwile oraz wymieniliśmy się informacjami co zmieniło się u każdego z nas od czasu ostatniego spotkania.

Niedziela z kolei była dniem błogiego lenistwa. Żałowałem bardzo, że w taki ciepły dzień nie ma mojej A. w Krakowie. Razem na pewno byśmy zorganizowali wspólny wyjazd po za miasto. Myślałem, że niedziela zakończy się zwyczajnie, jednak pomyliłem się. Moja A. sprawiła mi ogromną niespodziankę i przyjechała do mnie bez zapowiedzi. Spodziewałem się, że wróci wieczorem do akademika, ale nie planowaliśmy spotkania na niedzielę. Chciałem żeby odpoczęła po długiej podróży autobusem. Zostałem postawiony przed faktem dokonanym, A. zadzwoniła do mnie, że za 5 minut będzie już wysiadała u mnie na przystanku i chciała by mnie zobaczyć (była już prawie godzina 21:00). Nie wiedziałem za bardzo co się stało i jaki jest cel jej odwiedzin. Szybko ubrałem buty, kurtkę, zabrałem dokumenty i wyszedłem po nią na przystanek. Na szczęście wszystko było w porządku, a moja ukochana chciała mi po prostu sprawić miłą niespodziankę po 4 dniach rozłąki. Udało jej się to w 100%. Odbyliśmy dłuższy spacer (było bardzo ciepło jak na listopadowy wieczór), a później odwiozłem ją do domu.
Dla takich chwil warto żyć i wszystkim zakochanym życzę jak najwięcej niespodzianek sprawianych przez drugą połówkę. Dziś znów się zobaczymy, ale to spotkanie było planowane od kilku dni ;)

Zakochany